Wszystkie wpisy, których autorem jest netruitus

Życie na rezerwie

Uświadomiłem sobie ostatnio, że wraca mi pewna obawa. Gdy byłem młody i szczególnie głupi wielokrotnie ocierałem się o śmierć. Gdyby nie chroniło mnie szczęście, prawdopodobnie załatwiłaby mnie selekcja naturalna. Nie mogłem być pewien kiedy nie zrobię czegoś, co będzie mnie naprawdę kosztowało życie. A mimo to zapominałem o swoich otarciach i dalej szalałem przez młode życie. Po czasie jednak, gdy szczególnie nabrałem świadomości ulotności życia ludzkiego, zacząłem się bać. Wysokość to było jedno. Oj tak, z wysokością najłatwiej nabrać strachu. Chociaż nie był to strach, który mnie paraliżował w miejscu, jednak krok w przód był mocnym stresem.

Niejednokrotnie musiałem jednak robić ten krok. Podstawówkę i gimnazjum spędzałem od czasu do czasu gdzieś wyjeżdżając. Szczególnie kochając góry musiałem jakoś przejść przez wszystkie kolejki linowe, bo przecież było powiedziane, że jadą wszyscy. Nie mogłem być wyjątkiem… Nie tutaj. Gdzieniegdzie udawało mi się wyprosić i pewnych szczególnie wysokich miejsc nigdy nie zwiedziłem, ale były to wizyty na tyle krótkie, że ktoś mógł ze mną zostać. Zawsze mi się tylko cisnęło na sumienie, że jakaś nauczycielka nie weszła na jakąś atrakcję tylko dlatego, że ja się bałem. A czego właściwie się bałem? Zginąć i stracić wszystko. Tak, mój strach przed wysokością i niepewnymi konstrukcjami jest wywołany tylko tym, że bałem się zginąć młodo.

Czy to kiedykolwiek się zmieniło? Na szczęście, chociaż nie na zawsze. Któregoś razu musiałem podjąć ryzyko. Walczyłem ze sobą do momentu w którym po prostu nie doszedłem do wewnętrznego zgody. Uświadomiłem sobie w prosty sposób, że na własną śmierć nie mam wielkiego wpływu. Jeżeli mam zginąć teraz, mogę z tym walczyć, ale nie ominę tego. Śmierć jest naszym przeznaczeniem. I właśnie te myśli, jak za sprawą magicznej różdżki, zaczęły na mnie oddziaływać pozytywnie. Zacząłem szybciej robić krok w przód, a niekiedy nie zatrzymywałem się nawet widząc potencjalne ryzyko. I jaki ja głupi wcześniej byłem ujmując sobie tak wiele przyjemności w imię własnej paranoi.

A jednak sytuacja znów się zmieniła. Przyszedł Upadek. Przyszło resetowanie. Przyszedłem nowy ja. Podejmowałem ryzyko brawurowo. Adrenalina się zgadzała i to było ważne. Po czasie jednak zmiękłem. Zacząłem osiągać coś w życiu. Trafiłem na kobietę do której zawsze chcę wracać. Spełniłem część pomniejszych marzeń i utorowałem sobie drogę do spełniania kolejnych. Rozwinąłem wiele umiejętności i mam ochotę na kontynuowanie dzieła. Poznałem tyle rzeczy… Przez to wszystko zaczęło mi zależeć na życiu, a im bardziej mi na nim zależy, tym bardziej zaczynam się bać. Na powrót nie znoszę wysokości. Dalej o zawał przyprawia mnie niepewna konstrukcja. Znowu wolę nie wychodzić ponad ograniczone kręgi tego co znam i jest bezpieczne. Zmiękłem… Wróciłem do pewnego starego punktu. Tak jest do teraz. To jest teraz. Boję się myśleć o stracie mojej ukochanej, nieważne które z nas umrze. Paraliżuje mnie to. A ludzie odchodzą…

Dobrze zresztą o tym wiem, że ludzie potrafią odejść, a my nie chcąc tego do siebie dopuścić, musimy być tego świadkami. Straciłem już dwoje członków rodziny w zeszłym roku. Mój wujek, chrzestny do tego, odszedł w Wielki Piątek. Miałem wtedy zabieg i strasznie mi przykro, że nie mogłem zjawić się ostatni raz go zobaczyć… Mój dziadek zaś opuścił nas kilka godzin przed Wigilią. Zasnął i się nie obudził. I tym razem żałuję, że będąc dzień wcześniej w mieście nie odwiedziłem go myśląc, że zobaczymy się przy wigilijnym stole… Życie jest tak kruche, że nie wiemy kogo powinniśmy kochać bardziej, bo szybciej nas opuści. Ile byśmy zresztą czasu nie poświęcili takiej osobie, zawsze będziemy zaklinać się, że nie było to wystarczająco.

Ludzie odchodzą. Odejdę i ja. Kiedyś. Dobrze, że to zawsze jest „kiedyś”. Gdybyśmy bowiem wiedzieli kiedy odejdziemy, część z nas prawdopodobnie by oszalała. Strach byłby bardziej trwały. Część byłaby gotowa, część bałaby się wszystkiego, pozostała część szalałaby nie zważając na to, że w brawurowych akcjach mogą ginąć też przypadkowe osoby. Ale nie wiemy kiedy kto odejdzie, więc nie ma co więcej gdybać. Za to szczerze współczuję osobie, która będzie ostatnia. Współczuję osobie, która będzie żyła najdłużej. Przeżyje taka osoba bowiem wszystkich, których kocha. Będzie obserwować śmierć bliskich i przyjaciół, raz po razie. Zostanie w końcu sama i nie będzie miała wiele więcej od życia…

Aż szkoda się zatrzymywać, nawet na postój. Warto pogodzić się z faktem, że zginiemy. Tak jak zrobiłem to podczas jednego spaceru. Wracając pewnego zimowego wieczoru do siebie byłem świadkiem jak szybki, duży i jasny obiekt na niebie przemieszcza się ku ziemi. Przemieszczał się co prawda po horyzoncie, ale że horyzont przede mną się kończy, mój mózg puścił mi krótką informację w stylu „to koniec”. Szedłem dalej patrząc w punkt w którym zniknął obiekt pewny, że zaraz cholera wie co zmiecie cały widok przede mną, a zaraz potem zginę i nie mogę nic na to poradzić. Niby się poddałem, ale tak naprawdę pogodziłem się wtedy z nieuchronnym. Odetchnąłem z ulgą, gdy zrozumiałem, że obiekt ominął ziemię. Zagrożenie minęło.

Zagrożenia wiecznie pojawiają się i mijają. Ciągle i ciągle będą nam towarzyszyć ryzyka. Wiele z nich nieuchronnie trzeba podjąć i to zwykle czas reakcji się liczy. Stąd napisałem ten wpis. To jest głównie impuls do mnie. Muszę ponownie ogarnąć się i przestać martwić się moim przeznaczeniem. I tak go nie oszukam. Mogę pozostać dalej ostrożnym, ale nie mogę pozwolić sobie na paraliż. Chcę żyć życiem zachowując rezerwę, ale nie chcę by rezerwa była moim życiem.

Marnując poglądy

Nie jestem do końca pewien, czy aby na pewno potrafimy radzić sobie z własnymi poglądami. Z góry założyłem wiele rzeczy, jednak zawsze staram się je prostować i poprawiać. Być może jednak zbyt bardzo pomyliłem się co do drugiej osoby.

To, że każdy z nas ma zwykle inne poglądy, to rzecz całkowicie normalna. Byłoby strasznie nudno słuchać wciąż i wciąż jak to każdy się zgadza. Lubię często dyskutować na tematy w których mam swoje uparte racje, a rozmówca nie dość, że to szanuje, to jeszcze stara się pokazać swoje zdanie. Dyskusja, czyli coś co powoli między ludźmi zanika. Zamiast tego tłumaczymy się tekstami „o gustach się nie dyskutuje”, lecz gust to też forma swojej prywatnej racji. W ten sposób mój światopogląd uległ znacznej poprawie. Wiele rzeczy z którymi się nie zgadzałem teraz spokojnie akceptuję lub toleruję. Jednym określeniem: popatrzyłem szerzej.

Niestety czasami jednak są osoby o tak ciasnym horyzoncie, że ciężko przyjmują jakikolwiek argument. Niekoniecznie wiem jak wtedy powinienem się zachować, oprócz stoickiego spokoju. Po zmarnowanym czasie na ignorowanie mojego zdania zazwyczaj kończę rozmowę by pozbierać myśli. Może kiedyś nadejdzie czas, że znowu powrócimy do tej rozmowy, a i może mój rozmówca bardziej dojrzale do tego podejdzie. Nie w sposób wymagać od niego by zgadzał się ze mną. Chciałbym bardziej chociaż próby zrozumienia mojego zdania.

Problem z cudzym zdaniem jednak ma całkiem spory procent ludzi i to nie od dziś. Wystarczy włączyć pierwszy program dyskusyjny o tematyce politycznej. Moim oczom ukazują się dobrze wyglądający panowie, czasem też i panie, którzy wyglądem sugerują dojrzałych rozmówców. Po pierwszych minutach programu nagle zaczyna się przekrzykiwanie i przerywanie, bo każdy ma swoją rację. I ja się pytam: te osoby mają władać naszym krajem? Przecież to do niczego nie podobne, gdy dorośli zachowują się w takiej sytuacji zupełnie jak dzieci.

Nie daję tu słowa dzieci bez powodu zresztą. Za o wiele młodszego mnie dobrze pamiętam jak to wyglądało. Sam brałem przykład z takich zachowań przed długi czas, lecz wychowanie ojca jednak odniosło skutek. Przede wszystkim nie pozwalał sobie przerywać, a tym bardziej bym przerwał mu w rozmowie z drugim człowiekiem. I bardzo dobrze, bo zaczynam dostrzegać tego głębsze dno. Jeżeli przerywa się drugiej osobie, to pokazuje mu się brak szacunku. Chwilowy lub nie, ale takowy jest. W kłótniach zresztą każdy szanuje swoje zdanie, więc jest to absolutnie normalne. Ale co, jeżeli przerwie się cudzą rozmowę? Z mojego punktu widzenia nie okazuje się wtedy szacunku dla tych osób, które miały brutalne przerwanie. Brutalne, jeżeli ktoś nie dał sygnału, że chce coś powiedzieć. Tak czy inaczej nie powinniśmy tak czynić, a często w to brniemy. Jeżeli ktoś łatwo traci myśl, a ma coś dobrego do powiedzenia w tym czasie, można nazwać to wtedy fatalnym błędem. Grunt by potem wybaczać, każdy bowiem popełnia błędy.

Ale zszedłem z tematu troszkę. Swędzi mnie jedna rzecz, a mianowicie to, że za poglądy trzeba poświęcać czasem życie. Dajmy na przykład, że rozmówca twierdzi, iż jakieś zwierze jest lepsze od człowieka. Dobrze, jego zdanie. Jeżeli jednak tak twierdzi, to czy nie powinien z tym coś zrobić? I chociaż to może nieco brutalne z mojej strony, ale widzę dwie opcje: albo zostać seryjnym mordercą, albo zabić samego siebie. Przecież miejsce dla tych „lepszych” trzeba zrobić. I jeżeli ktoś w tej chwili nie wyłączył wpisu, to szybko sprostuję: do końca tak nie uważam, jak przed chwilą napisałem.

By dokładnie przemyśleć powyższe zadałem sobie pytanie: Czemu ktoś ma ginąć za cudze poglądy? Wojny są głównie o to oparte, ale nie tylko. Mamy też inne powody, ale głównym problemem jest siłowe narzucenie swojego zdania. Wojny polityczne czy religijne… Wszędzie tylko: moje zdanie, moja racja. Szkoda tylko, że główni reprezentanci siedzą sobie spokojnie, a ludzie giną. Giną za cudze poglądy. Wyjątkiem jest chyba tylko muzułmanizm, gdzie do wojny przystępują popierając w pełni rację. Co jednak jeżeli w wojsku są osoby, które są innych poglądów? Muszą walczyć by zachować „pokój”. Pokój, który można również rozwiązać szanując zdanie drugiej strony i przysiadując do rozmów. Negocjacje i te sprawy, a i tak każdy dba o swój interes. Można by było jednak odłożyć broń i zapewnić wszystkie rodziny, że ich członkowie nie stracą życia w obronie nie obywateli, a poglądu rządzących, bo to oni siedzą przed przyciskiem „pokój” uparcie nie chcąc go wcisnąć. Chyba, że ktoś ma ambicję jak np. Hitler. Możemy już wtedy tylko się bronić, a najlepszą obroną jest atak.

Hitler widział pewien procent jako ten „gorszy”. Martwi mnie to, że dwa akapity wcześniej wspomniałem o „lepszych”, co było swoistym pokazaniem, że wciąż staramy się usilnie rozróżniać lepsze-gorsze. W takim wypadku jako „gorszą” stronę uważam rozmówcę, który nie ma szacunku dla żadnej strony. Co jak co, ale na świecie akurat tych w/w „gorszych” nie potrzeba. Tylko im zostaje wybrać Matrixową pigułkę: zostać w takim stanie albo poszerzyć horyzont o fakt, że nic nie powinno być wyżej.

Gdy intencje idą źle

Czasami w pasmo porażek wplatam też mniejsze przewinienia na równi z tymi większymi. Nierzadko zrobię coś źle, nie wyjdzie z tego tragedia, ale zostawiam sobie ślad wewnątrz, jakby stało się coś więcej. Może to być zły nawyk, jednak słowa „Zostaw mnie” potrafią utkwić głębiej niż sam w siebie sięgam.

Nie kontroluję wszystkiego czego bym chciał, a nawet gdybym mogł straciłoby to całą esencję, którą już dysponuje. Ludzie nie rodzą się z żadną mocą by mieć do czego dojrzeć, a jeżeli nie dojrzeją do tego, nie mają prawa niczym rozdysponowywać. Tym samym kieruję się w swoim życiu, chociaż dojrzewam o wiele później niż moja „moc”.

W takich momentach wolę by czas trwał wolniej, by moja odpowiedzialność wraz z nim nie rosła tak szaleńczo. Każda rzecz, którą teraz robię, muszę pokrywać w pełni swoją odpowiedzialnością. Odpowiadam także za wydarzenia losowe, bo w mojej odpowiedzialności jest przewidzenie ich i zapobieganiu z jak największą precyzją. A jednak nie zawsze mi się to udaje i chociaż nie wyniknęła z tego większa krzywda dla innych, wyniknęła jakakolwiek krzywda dla mnie.

To nie tak, że ja chcę by się tak działo. Chcę pomóc. Gdybym pomógł tak jak chciałem, nie byłoby do mnie żadnego żalu. Prawdopodobnie nawet usłyszałbym stosowne „Dziękuję”. W porażce jednak liczyć można tylko na stosowne „Spierdalaj”. To nieco smutne, ale nie potrafimy ze sobą rozmawiać, liczyć się z intencjami drugiej osoby. I choćbym nie wiem jak chciał wytrwać w tym, że doceniam każdą intencję, sam także potrafię pokazać tylko kły wobec porażki innych.

Nie powiem, że każdy z nas tak ma. Uważam jednak, że duża większość. Naprawdę duża większość. Nie jest to już chyba dla mnie nic dziwnego. To taka nasza wewnętrzna przypadłość. Na pobudzenie jej składać się może nawet pogoda. Gdy doskwiera wysoka temperatura często jesteśmy rozdrażnieni. Do tego może dokładać się kiepska noc i nawet dzień tygodnia. Drażnią nas rzeczy codzienne. Los jest jedną z tych codzienności.

Największy gniew uwalnia się u mnie, gdy się boję. Potrzebowałem długiego czasu, żeby to zrozumieć, ale tak działam najwyraźniej. W obliczu strachu potrafiłem zwolnić wszelkie hamulce i wpaść w szał zapominając o otoczeniu. Do tej pory pomagał mi zawsze blog, ale nie zawsze mogę coś napisać. Widać to po ostatniej aktywności. Blog nie umiera, bo to nie pierwszy już raz, gdy długo milczę. Blog przeżywa tylko mój lepszy okres życia. Zmieniają go tylko pojedyncze porażki, ale nie wpływa na to, by wszystko poszło źle.

Mimo porażek często dawałem sobie radę zanim sięgnąłem po laptop i zaczałem pisać. Gdy problem się zaognia, a do laptopa się nie dostanę przez najbliższe dwie godziny, zostaje mi tylko rozwiązać go lub stosownie przyjąć. W obliczu rosnącego gniewu jednak nie jest tak łatwo. Została mi tylko medytacja. Chociaż nigdy w nią nie wierzyłem, zacząłem ją stosować ze skutkiem pozytywnym. Nie zapewni mi ona jednak wiecznego spokoju.

Muszę szukać przynajmniej jakiegoś bezpiecznika. Jeżeli już wszystko zawiedzie, to muszę mieć jakiś przycisk bezpieczeństwa. Potrzebuję czegoś, co uchroni moje otoczenie. Nie tyle przed moimi porażkami, ile przede mną. Po prostu przede mną. A wszystko to, bo nie potrafię podejść do sprawy dość dobrze. Odpowiedzialność wciąż rośnie. Czas ucieka.

Słońce całuje księżyc

Świat spowił się we śnie, a na niebie jaśnieje księżyc. Jaśnieje wyznaczając porę nocy, pokazując być może skryte rzeczy. Skryte zarówno na uśpionym świecie, jak i w ludziach oglądających jego księżycowy majestat. Jednocześnie zdać sobie można sprawę z tego, że księżyc pokazuje tylko to, jak jest szczęśliwy. Szczęście odbite od grubej jasnej skorupy. Skorupy przerażająco zimnej, a jednak… Mającej w sobie ciepłą warstwę energii, którą kieruje się w stronę słońca.

Na naszym niebie wzajemnie tańczą słońce i księżyc. Chociaż tego nie widzimy, słońce całuje księżyc. Całuje go promieniami słonecznymi, a szczególnie widzimy to zjawisko nocą. Z początku nieśmiały księżyc wychyla się spod naszej planety by w pełnym majestacie spotkać się ze swą miłością. To ten jedyny moment, gdy widzimy księżyc w pełni. W pełni szczęścia! Szczęściem zaś odbija pocałunki na ziemię fascynując miliardy ludzi. Stąd śmiem twierdzić, że noc w świetle pełni księżyca jest najbardziej romantyczną nocą, a przychodzi nam zaledwie co jakiś czas. Niestety po spotkaniu księżyc musi odejść, na chwilę.

Na niebie płoną też gwiazdy. Chwilę mi zajęło by dostrzec w nich świece. Tak, te romantyczne, lecz palące się dłużej niż ludzkie życie wynosi. Spotkania romantyczne przecież nie mogą się kończyć zbyt szybko! A miara ludzka szczęściem lub nie, lecz zapisana została krótką. Każde istnienie, które choćby kilka dni pożyje, zobaczyć powinno niekończącą się historię miłości, zwłaszcza gdy słońce całuje księżyc. Dzień i noc, miary ludzkie, a dla zakochanych toć i tak wieki. Wieki na czynieniu to, co serce pierwsze mówi, a rozum cichym zostaje. Póki serce nie ucichnie, póty starczy im czasu. Niech korzystają…

A ile to trzeba mieć szczęścia, by zobaczyć na własne oczy ich zbliżenie do siebie! Nazwaliśmy to zaćmieniem słońca, lecz jest to chyba jedyny moment w życiu, gdy mogą oni być tak blisko, by księżyc zasłonił plecami ich namiętny pocałunek. Pocałunek na który muszą czekać tak długo, a jednocześnie który czyni ich szczęśliwymi oraz gotowymi do dalszego czekania. Cóż… Współczuję im z całego mojego serca, że bywa ten moment tak rzadko, a tych dwoje znów musi czekać widząc się ledwie krótki okres czasu. Naszą miarą jest to wystarczająco długo, lecz romantyzm nasz nie jest na tyle objęty wyższością, co można na niebie zauważyć.

Słońce duże, księżyc mały; słońce gorąco, księżyc zimny; słońce ustala zasady, księżyc ich przestrzega; słońce całuje promieniami, które księżyc odbija. Tak wiele ich różni, a jeszcze więcej łączy. Nie tyle cecha wadą od razu, ile bardziej uzupełnieniem. Tak, jedno drugie uzupełnia i może to tylko dodaje im do romantyzmu. Trudno mi orzec, szaremu człowiekowi, widzowi. Nie mam dość czasu na ziemi by dać lepszą ocenę niż szybka subiektywna opinia. Szybka względem ich cyklu życia, bo choć już wiele niebo czynią, to i na nich przyjdzie pora…

Gdy słońce swe życie zakończy, z księżycem się ostatecznie połączy. Uczynią oni jedność, zwiastun końca. Lecz gdy coś się kończy, to coś się zaczyna. Przyjdą następne pokolenia i znów słońce księżyc spotka. Spotkanie niech pocałunkiem zostanie rozpoczęte, bowiem znów cykl się rozpocznie i znów na niebie będą się działy romanse, a istnienia żyjące będą podziwiać to po kres ich bytowania. Będą rozkoszować się tym, czym my możemy rozkoszować się teraz, chociaż oni zobaczą i tak coś innego niż my. Co istnienie, to inny sposób postrzegania, a i inny pogląd oraz inne wnioski. Dużo bym dał by nie dość, że zobaczyłbym chętnie następne pokolenia miłosne, to chętnie posłuchałbym poglądów kolejnych widzów.

Cóż… Zostaje mi tylko zazdrościć. Ludzkie życia trwa dość krótko biorąc pod uwagę żywot tej dwójki niebiańskich zakochańców. Właściwie to za dużo nam do nich brakuje, a jeszcze więcej granic mielibyśmy do pokonania próbując im dorównać. Nasz umysł nawet nie jest w stanie tego pojąć, lecz serce wysłuchując symfonii dnia i nocy być może jest w stanie rozumieć. Rozumieć także dzięki oczom, które bacznie mogą obserwować pocałunki nazywane promieniami światłą słonecznego. To wszystko nie broni mi jednak by brać z nich przykład. Jam jest słońce – duże, gorące i całujące mój księżyc – moją Madzię. Po kres naszego wspólnego życia nie ominę cyklu, bowiem miłość jest naszą orbitą…

Cud w sercu

Jest dosyć późna godzina, prawdopodobnie już dawno bym spał. Tak, tak być powinno, gdyby nie pewien fakt. Zdenerwowanie pobudza, o wiele. Niektórzy ludzie źle znoszą rozstania, lecz tym razem nie ja jestem tą cierpiącą stroną. Niestety sprawa z brakiem Diany w moim sercu ciągnęła się jeszcze jakiś czas, a ja zastanawiałem się tylko kiedy w końcu zdenerwowanie sytuacją weźmie górę. Mogłem posłuchać znajomych, zerwać kontakt, nie zrobiłem tego. Nie zrobiłem tego aż do dzisiaj. Być może to było okrutne, lecz po usunięciu gniewu, wyciszeniu się i wymęczeniu do reszty przyszedł czas na sen. Na sen lub… Ponowne wejrzenie w siebie.

Tak, znowu to zrobiłem. Wejrzałem tam, gdzie mogłem spodziewać się pustki, lecz jej nie zastałem. Czuję jak tętnię życiem, które zaczyna splatać się z wybranką, Magdaleną. Tak, wiele osób złapie się za głowę i pomyśli „Następna i znów te same bajki.”. Sytuacja tylko raz w moim życiu zatoczyła koło, zatem i ta sytuacja jest odmienna. Jest o tyle odmienna, że nie potrafię jej spokojnie obrać w słowa. Już wcześniej w przygotowaniu był wpis, który miał wszystko zebrać, co ostatnio się wydarzyło. Brakowało mi czegoś… Ale zacznijmy od początku.

Ostatnimi czasy znów zaczęła następować pustka, obecna jak za czasów mojego pierwszego upadku. Stopniowo będąc na „lekarstwach”, które rzekomo miały mi przynieść ulgę, moje emocje przestawały istnieć. Emocje, uczucia, wspomnienia, aż do osobowości. Od może 1,5 miesiąca zaczyna się dziać to samo, lecz progres sięgania pustki jest o wiele wolniejszy. Do tej pory lekko starałem się to wyrównywać empatią, lecz wciąż pokryć tego nią nie próbowałem. Po części boję się jak zareaguję chłonąć więcej cudzych emocji niż dotychczas. Empatię zatem traktowałem jako opcję ostateczną, dając sobie do zrozumienia, że muszę zwyczajnie wytrzymać, a może to minie…

Być może i by minęło. Nie zakładam niczego aż nadto w sumie. Tak jak pustka sięgnęła moje serce już dawno, to teraz moje serce… Drgnęło. Głowę zapełniają teraz marzenia, a ja staję się jakby nieobecny w świecie rzeczywistym. Znów zaczęły się zmiany, znów coś pokazało mi drogę, a ja krok po kroku odważnie idę na przód. Gdzieś tam, gdzie łowca zaatakował taką ofiarę jak ja, ja zrobiłem następny krok w kierunku łowcy z jedynym strachem w sercu, że mógłbym być złym trofeum. Łowca… Tak… Łowczyni bardziej. A i wszystko się wydało…

Popadłem znów w wyższy stan emocjonalny, lecz tym dziwniejsze, że empatia ani razu mi się w to nie wmieszała. Czuję się jakbym poznał zupełnie coś nowego. Coś… Własnego! Tak, to moje uczucie! I jest takie ciepłe… Jest tak, jakbym nie miał się przejmować niczym. To coś jest o tyle nienamacalne, że brakuje mi wszelkich słów, które mogłyby to określić. Nadzieje wypełniają me wnętrze, a całość podkreślam wiarą w powodzenie, które dawno wymarzyłem sobie w życiu. Zamiennie bym nazwał to stabilizacją i mogę się mylić, ale właśnie stoi ona przede mną. Właśnie na tej drodze z której łowczyni chociaż raz się nie cofnie, bo nie ma powodu, gdy widzi coś wartościowego przed sobą. O ile ja bardziej cenię łowczynię, niż łowczyni swą ofiarę… Ach!

W tym wszystkim przeszkadzają tylko drobne rzeczy, które mam nadzieję, że swobodnie zniesie czas. Mając różne harmonogramy czekam tylko na wiadomość, chociażby jakieś powitanie. Sam sprawdzam przecież co chwilę, czy może mogę już się odezwać. W deszczu mając dłonie schowane w kurtce tylko ściskam mocno komórkę by wyczuć chociażby najmniejszą wibrację sygnalizującą wiadomość. Deszcz i smartfon to złe połączenie, pisać się w tym połączeniu nie da. Ale chwila! Wiadomość! I serce mocniej zabiło raz pierwszy. Sprawdzam tylko, tak, to ona. Trzeba pędzić szybciej do mieszkania. A po chwili druga wiadomość i drugi raz serce mocniej zabiło. Ta radość, to tchnienie, ta motywacja by się pośpieszyć, zwłaszcza że i trzecia wiadomość się pojawiła!

Ach! Jakżebym chciał mieć tyle odwagi przy niej co w sercu gdzieś zgubiłem! Obecność w pobliżu, a ja zwyczajnie się wstydzę, chociaż sam nie wiem czemu. Dziwne to o wiele, nigdy przecież tak wielkiego wstydu nie okazywałem… I ten moment, gdy jednak jest kontakt i odwagę trzeba zebrać, schować wstyd ten cały… Ale warto być blisko, oj tak. Poczułem i zapach. Delikatny i słodkawy, lekki, kwiecisty wręcz, nie dający o sobie zapomnieć. Ile zapachów poznałem, ten mi się zaszył w umysł i krąży gdzieś po nim, harmider przy tym robiąc okropny. Nie jest mi z tym źle przecież, to miłe uczucie…

Miłe jak widok, gdy nieobecnym wzrokiem uśmiecha się wpatrzona w świat marzeń, taki zupełnie jej. To widok, który potrafi mi dawać siły by wstać rano i wyczekiwać, aż i łowczyni ma wstanie. Ten i inne obrazy zaszyte gdzieś w moim wnętrzu powodują, że nawet proste czynności potrafię zrobić na opak. Już pod prysznicem będąc starałem się umyć ciało szamponem, po chwili dopiero zauważając ten okrutny błąd. To taki rodzaj letargu w który zapadłem od momentu, gdy jakimś cudem chwyciło mnie tak mocne i własne uczucie. Wybudźcie mnie zatem, gdy marzenia przełożą się na rzeczywistość lub sam pogrążony w świecie marzeń postaram się przenieść go do rzeczywistości. Jestem zatem nieobecny w przestrzeni, w której się poruszam, dopóki nie będzie kontaktu, do póki nie będzie w pobliżu.

Łowczyni polowała na moją duszę, lecz duszy oddać nie chciałem. Ugodowa jest, powiedziała, a ja już tylko kombinowałem, co warte by było mojej duszy. Duszy innej osoby nie oddam, już sam bym wolał być, jak to nazwała, kolekcją. Jedyną, jak zrozumiałem, ale czemu by coś innego nie dać. Skoro różne ugody nie działały, czemu by nie spróbować oddać całego siebie, a duszę wolną zostawić? I ten moment, gdy ugoda doszła do skutku, a ja po krótkim zareklamowaniu samego siebie uradowałem się widząc „biorę w ciemno”. Niby oddany, niby wzięty, a serce już dawno było zrabowane… I dobrze, toć przecież tam teraz chce się znajdować – przy niej.

Dni mijają, wciąż nam coś rozkwita. Jej uśmiech, jej zapach, jej głos, wszystko mi po głowie chodzi. Nabrałem zapas na wyjazd do domu, a i tak szybko wrócę. Tęsknota zaczęła się pojawiać. Odprowadzając ją do domu cieszyłem się z możliwości, jaką mi dała. Pewnie i bym nawet na herbatę wszedł, skoro zostałem zaproszony, ale już dość przemoknięty byłem od deszczu. Trzeba było wracać, nie tyle do mieszkania, co do domu. Wygoniła mnie tam z troski, a tą troskę wciąż czuję i rozpala we mnie ona tylko więcej tęsknoty, więcej pragnienia jej obecności. Oszalałem już jakiś czas. Uparty głupiec, bo wiem, że nie odpuszczę sobie tego wszystkiego co czuję. Długi już czas nie potrafię zrobić kroku w tył, a i tym razem wyjątku nie zrobię. Łowczyni, podejdę w końcu o ten ostatni krok bliżej, obiecuję.

Tak. Do tego momentu cytowałem nieopublikowany wcześniej wpis. Dobrze się splata. Jak sobie obiecałem, i po cichu także Madzi, tak zrobiłem z resztą. Dokonałem ostatniego kroku, pokonałem pewną barierę strachu i już dziś mogę cieszyć się jakże szlachetnym tytułem nazywania się jej partnerem życiowym. Niechże żadna gwiazda na niebie nie uwierzy w nas, my zaś na przekór wierzeniom zrobimy swoją własną rewolucję życia. Nie musimy już stać sobie na drodze, by siebie motywować, gdyż będziemy kroczyć tymi samymi ścieżkami będąc u swego boku. Tym bardziej, że nie czuję by moje serce było tym razem puste. Patrząc w nie widzę, że jest wypchane. Wypchane szczęściem, a na imię mu Magdalena.

Patrz sercem i patrz w serce

Nie jestem imprezowym człowiekiem. Stronię od alkoholu i aspołeczność spowodowała, że nie potrafię dobrze się bawić w grupie ludzi. Z czasem zaczęły następować zmiany, takie jak dobra zabawa w tym, że inni bawią się dobrze. Wczorajszej nocy nie było inaczej. Bawiłem się naprawdę dobrze, mimo że miałem swoje stanowisko z „pracą”, obserwowałem jak ludzie imprezują i rozmawiałem ze znajomymi, którzy wokół mnie się znajdowali. Po balowaniu do późnej pory przyszła pora by położyć się spać, chociaż nie miałem nadziei wstać jako wyspany człowiek. Ostatnio mam problemy ze snem i zaczynam się zastanawiać, czy ja w ogóle zasypiam. Gdy zmęczenie dawało się coraz bardziej we znaki, a sen dalej nie przychodził, zacząłem rozmyślać i nie tylko.

Gdy empatią potrafię obadać cały świat, to czemu nie miałbym obadać trochę siebie? I wtedy właśnie zamiast patrzeć sercem, popatrzyłem w serce. Mogłem myśleć tylko, że znajduje się tam moja partnerka, lecz jedyne co znalazłem to pustkę i gdzieś w ciemności własny mrok. Przepraszam, już była partnerka… Tej nocy zdałem sobie sprawę, że nikogo jeszcze nie przygarnąłem na nowo do serca. Daję je dotknąć, daję je zobaczyć, nawet daję darmową próbkę tego, czym promieniuje. Nie zrobiłem jednak tego kroku by wpuścić kogoś trwale do środka, pozwolić wypełnić swoim uczuciem całe moje ciało. Teraz jest tylko ból rozstania, bo mimo wszystko było to swoiste przywiązanie do drugiej osoby. Musieliśmy dzielić kilometry z powodu moich studiów, a nie było to proste, gdy człowiek chce żyć życiem zewnętrznym, nie wirtualnym.

To co definiuje osobowość człowieka to wspomnienia, a trudno budować je żyjąc na taki dystans. Tym trudniej jest, gdy wokół mnie są ludzie, którzy budują mi zupełnie inne wspomnienia, a ja kolekcjonuję je z dużą pasją. Już teraz nawet oddałem plakat z imprezy do zalaminowania i zapewne zwiozę to do domu, przyczepię gdzieś na ścianę. Tutaj spokojnie mam podłoże by powiedzieć sobie, że będę naprawdę dobrze wspominać swoją przeszłość. Zostałem wykastrowany ze wspomnień celowo, teraz więc buduję nowe, a właściwie robię to od lat. Nie mogę już tylko za wspomnienia uważać rany na sercu i noże w plecach, bo to wszystko staje się nieważne im dalej idę w przyszłość. Może właśnie w tym momencie uczę się żyć życiem zewnętrznym, pozbawionym kabli, wtyczek i przycisków. To dobrze dla człowieka, który spędził niemal całe dotychczasowe życie przed komputerem izolując się od społeczeństwa, które zadawało tylko ból i uczyło nienawiści.

Wyjątki od tej normy wciąż szanuję i traktuję jak najlepiej mogę, chociaż nieraz zawiodłem i siebie, i ich. Człowiek nie jest idealny, a gdy patrzy na świat sercem to widzi i odczuwa wszystko, a niekoniecznie umie to perfekcyjnie oddać. Być może o to w tym wszystkim chodzi, lecz nie oznacza to, że nie przestanę próbować dalej dokonać najwyraźniej niemożliwego. Do niedawna jeszcze byłem pewien, że sam nie potrafię spojrzeć do swego serca, jednak najwyraźniej wszystko się zmienia z czasem lub zmęczenie otwiera jakieś magiczne wrota w moim życiu. Niekoniecznie jednak byłbym pocieszony z faktu ciągłego niewyspania, które lata temu było jednak lżejsze do zniesienia niżeli teraz. Niektórzy doszukują się w tym drugiego dna, gdzie mogłoby być przyczyną albo przejmowanie się czymś, albo nadchodzące zmiany. Nie przejmowałem się niczym w tym okresie, więc nie dręczyło mnie to tak po nocach by nie spać. Co do zmian… Mam swoje omeny, lecz na pewno takiego dodatkowego nie chcę.

W walce człowieka i zmian w jego życiu lepiej jednak, by ten właśnie pierwszy był wyspany. Zaśnięcie na arenie możemy uznać jako walkower, a nie o to w tym wszystkim chodzi by przespać życie zmieniające się bardzo gwałtownie. Nie jest w sumie pewien, czy gwałtowność tych zmian nie jest przypadkiem właśnie skutkiem zmęczenia. Może gdy człowiek wyciągnie z siebie więcej sił to te zmiany znów będą następować powoli. Tym bardziej nie jestem pewien, czy chciałbym czekać długo na to wywrócenie wszystkiego do góry nogami… Gdy nastąpi to raz a dobrze to mogę już w spokoju rysować mapę gdzie co się znajduje, zamiast przyjść, poukładać, spróbować przywrócić w dawny ład. Tak żyje mi się lepiej, ponieważ życie wydaje się być wtedy pełne przygód, a niektórzy znajomi wypominają mi, że nie mam prawa do nudzenia się w życiu.

Dzieje się wiele, a ja jednak chciałbym więcej czasem. Nie, że lubię być przypartym do muru, ale człowiek wie wtedy, że nie prowadzi zwykłego życia. Monotoniczność została mi już raz zarzucona, chociaż być może autorka tego zarzutu nie była świadoma czego nie dostrzega. Oka ani jednego, ani drugiego nie oddam, a i żadnym z nich nie zobaczy świata takiego, jakim ja go widzę. Widzę go jednak w barwach zbyt starych, a i może właśnie przeszłość mnie woła bardziej do siebie niżeli przyszłość ciągnie do przodu. Nie odnajdę tu swego istnienia, ale to nie znaczy, że czuję się z tym źle i nie zbuduję dobrych wspomnień. Ciekawy jestem czy tutaj ktoś trafi do mojego serca, stanie się tym wyjątkiem od reguły, a gdy następnym razem spojrzę w serce, to powiem sobie w duchu „Jestem szczęśliwy.”.