Archiwa kategorii: Ulotne myśli

Wiele rzeczy się ceni, niewiele się docenia

Odkąd pamiętam miałem taką swoją ciężką przypadłość, że do wszystkiego do czego się zabierałem, zawsze wkładałem mnóstwo serca. Niech to nawet będzie przypadkowe skrzywdzenie kogoś, a zawsze krzywdziłem także siebie. Nie potrafię jednak sprostać temu, że nie zawsze człowiek jest zwycięzcą. Przegrana okrutnie boli w tym przypadku, chociaż nauczyłem się jakoś tą gorycz przełykać. Dalej jednak sztuka znoszenia przegranej musi zostać udoskonalona, bo jak na razie ona tylko istnieje jako prototyp. Jedna z osób, które odmieniła moje życie na swój (być może) przypadkowy sposób, rzekła mi, że takie rzeczy się ceni. Dla mnie ten komplement miał nieskończoną wartość sentencyjną, którą dzisiaj dodam na pewno do mojego zbioru. Wiele rzeczy się ceni, niewiele się docenia.

Rzeczywiście muszę przyznać własnemu dopowiedzeniu rację. Tak pięknie potrafimy mówić o sumieniu, cnocie, uczciwości, itd. Cenimy te wartości, ale w świecie nie są one doceniane. Samym sercem nie podbiję świata, nie utrzymam wybrankę, nie zapewnię jej szczęścia. Ona może to cenić, ale może tego nie doceniać. Różnica moim zdaniem polega na tym, że jako wartość jest to dla niej coś, czego szuka, ale potrzebuje dodatków typu „większa stanowczość” lub „mniejszy dystans do otoczenia” albo „większy zarobek”. Potrzebuje tych dodatków, ponieważ je ceni i docenia. Ceni się przecież abstynentów, jako że radzą sobie bez używek; nie docenia się ich zaś wtedy, gdy nie potrafią odwalić czegoś po pijaku, ponieważ nigdy się nie upiją.

Zaskakuje mnie zasada, która wyłoniła się niejako z rozmowy zainicjowanej po tak długim czasie. Tutaj też prawdopodobnie mogę odwołać się do świeżo zamkniętego związku z Kasią. Moje wartości były cenione, ale co innego było doceniane. To ma sens zważając na to, jak bardzo męczyłem się by zrozumieć, gdzie tak bardzo popełniłem błąd. Prawdopodobnie nie popełniłem go w ogóle, ponieważ nie było takiej możliwości, bym przeszedł z fazy „cenię” na fazę „doceniam”. To niczyja wina, po prostu taka zasada życia. W tym samym jednak kontekście staram się odwołać do mojego związku z Pauliną. Co jak co, ale 27 miesięcy i nagły rozpad to poważna rzecz, tym bardziej, jeżeli brać pod uwagę, że uczucie zanikło po mojej stronie. Hmmm… Problem jest dokładnie takiej samej istoty. Byłem ceniony jako chłopak o wielkim sercu dla wybranki, jednak nigdy nie zostało u mnie docenione moje staranie nad wspólnym dobrem. Pracowałem za dwoje, a to było ciężkie zważając na ten odczuwalny brak.

O ile związek z Kasią utrzymał się jako parabola, o tyle związek z Pauliną był sinusoidą. To naprawdę ciekawe, gdy można zaobserwować jak pewne zasady sprawdzają się w relacjach międzyludzkich. Dodatkowo to, że osiągamy pewien stopień matematyczny naszych działań powoduje, że zaczynam się zastanawiać nad tym, jak bardzo ograniczamy się prostym algorytmem. Weszliśmy w pewien sposób w monotoniczność własnego „ja”. Na nic próby głoszenia światu, że „jestem spontanicznym typem człowieka i każdy dzień prowadzę spontanicznie”. W tym wszystkim śmieszne jest to, że niejako swoimi planami krążymy jak elektron wokół jądra atomu, którym jest nasza osoba. Okres powtórzenia pozycji może być różny dla każdej osoby, ale powtarzamy sami siebie i tak w kółko.

Nauka przewiduje ewenementy, toteż takie także i w naszym życiu się pojawiają. Nigdy bowiem nie wiemy czy zaraz nie będziemy uczestnikami wypadku lub nie złapie nas groźny wirus ebola. Możemy próbować takie rzeczy przewidzieć, ale za każdym razem, gdy spojrzymy w przyszłość, zmieni ona swoje oblicze. Elektron nie wie, którędy ma krążyć – on po prostu krąży. Być może całym antidotum na nasze monotoniczne zachowanie jakim jest cenienie i docenianie jest właśnie ten ewenement, jaki zdarza nam się zawsze lub… Zawsze. Tak, to nie jest mój błąd.

Moim zdaniem co jakiś czas mamy odskok od normalnego cyklu krążenia elektronu po atomowej orbicie. Wygrana gratisowa butelka naszego ulubionego napoju, pogrzeb dziadka, zakup nowej herbaty o smaku karmelowym, niezapowiedziane odwiedziny kumpli z przedszkola… Takie rzeczy traktujemy jako błahe, bo takimi się wydają być. W rzeczywistości gdybyśmy docenili wartość doświadczenia, jaką one nam dają, zapewne zaczęlibyśmy żyć prawdziwym spontanicznym życiem. W całym życiu jest ważne byśmy nie tylko cenili rzeczy, ale doceniali je, a będzie nam dane żyć lepiej, przynajmniej wewnętrznie.

Potencjał – droga na szczyt i na śmietnik

Niebywałe jest, jaką czasem mamy ikrę za młodu by coś osiągnąć. Szkolimy się wtedy sami w tym, co jest nam niezbędne, a czego nie potrafimy, bierzemy od innych osób. Dzielimy się z nimi tym, co chcielibyśmy osiągnąć. Oni zapewne nie widzą w swoim młodym życiu niczego, dlatego do nas dołączają. Zaiste podziwiam ten młody system, bo daje on szanse do osiągania szczytów, własnych szczytów. Trzeba jednak pamiętać jedno, że im wyżej wejdziesz, tym gorszy jest upadek. Osiągałem kiedyś sukcesy w zakresie własnych, można rzec, firm. Głównie mając pomoc od jednej do trzech osób czułem, że to co robię ma sens. Rynek zalewają usługi „dorosłe”, a jedynie drobny procent to usługi „młode”. Nie mam tutaj wcale na myśli „nowa usługa” i „stara usługa”. Nie. Mam na myśli to, od kiedy myślimy i jak dążymy do utworzenia tych usług. Młode osoby mają multum pomysłów i dobrze dogadują się w grupie. Nie będą narzucać innym tempa pracy, nie muszą, chociażby dlatego, że te „ekipy” są utworzone przez osoby z pasją, a nie poszukujące zarobku, który najpewniej projekt i tak nie przyniesie.

Wiem o czym mówię. Druga połowa szkoły podstawowej i gimnazjum to cały okres w którym tworzyłem ekipy, osiągaliśmy małe sukcesy, a teraz przynajmniej mamy wspomnienia. W tym czasie pomiędzy projektami mogłem spokojnie dołączać do innych ekip by posłużyć im radą lub pomóc jako członek, który prędzej czy później, ze względu na doświadczenie, awansował. To były piękne czasy, które zawsze będę wspominał. Młodzieńcza ikra pchała mnie wszędzie, a dziś… Pcha mnie tak samo. Więc w czym problem? Nierzadko młode osoby mają sponsorów w postaci rodziców lub ich pomysł potrafi sam na siebie zarobić. Im takie osoby są starsze, tym gorzej w kwestii finansowej. Finanse w dzisiejszych czasach dyktują ludziom to, czy mogą oni dojść do czegoś, czy też nie. Co łączy ulicznego żebraka z sławnym gitarzystą czołowego zespołu rockowego? To, że oboje żyją, chociaż i tak wiadomo kto pożyje dłużej. Być może właśnie idiota jest na szczycie, a geniusz upadł.

Nie zarzucam temu gitarzyście żadnej winy. Taka jego praca. Musimy jednak czasem pomyśleć, czy aby potencjał tej ludzkości nie żebrze od nas na chleb. Śmiejemy się, że w popularnych sieciach fast foodów obsługują nas humaniści, a nie mamy pewności, że właśnie ten pan, który zbiera puszki ze śmietników, to tak naprawdę inżynier, który w którymś momencie nie dał rady już ze swoimi finansami. A może wpadł w nałóg i nikt nie wyciągnął do niego pomocnej dłoni? Ileż to młodzieży dzisiaj wychodzi co noc do klubów i pije alkoholu litrami. Nikt z nas nie zastanawia się nad tym. Są osoby, które zachowują się tak przez odrzucenie z przeszłości. Gdy jest się zdanym na siebie, nie myśli się racjonalnie. Tonący złapie się brzytwy. Być może alkohol był dla kogoś tą brzytwą, która dała mu znajomych. Ludzie widzą „Ale ten facet ma mocny łeb do alkoholu!”, ale nikt nie pomyśli, że on właśnie popadł w alkoholizm.

Rodzice nie zawsze mogą swoim dzieciom pomóc, a może nawet wyszedł konflikt. Nie zganiajmy winę tylko na niego i/lub jego rodziców. My też mamy możliwość coś robić i powinniśmy zacząć nad tym myśleć. Nie marnujmy własnego potencjału lub potencjału innych. Pomoc nie powinna mieć swojej ceny. Być może Ty pomożesz komuś, a on Ci wbije nóż w plecy, ale może być też tak, że ta osoba się odwdzięczy. I choć nie przekrzyczę teraz tej znieczulicy, to nawet nie mam zamiaru. Nie do tego zmierzałem. Boję się. Czuję się trochę jak wyrzucony na śmietnik. Ze szczytu upadłem już za nisko. Próbowałem się podnieść, wspinałem się ku szczytowi z dużą siłą i dałbym radę też wyżej, ale jest tak, jak pisałem. Niektóre potencjały są miażdżone przez braki finansowe. Mój niewielki potencjał zatrzymał się przez to w miejscu. Nie mam już opinii szanowanego moderatora, prezentera, administratora czy nawet współzałożyciela. Nie mam już nic, bo musiałem to zostawić. Są rzeczy ważniejsze, np. związek. Jemu poświęciłem moją reputację.

Żałuję? Nie. Boli mnie tylko problem finansów by odbić się z powrotem w górę. Wierzę, że mam jeszcze swój potencjał na to. Wierzę, że mam wiele szans. Wierzę, że tylko pieniądz mnie ogranicza. A co jeżeli będę miał pieniądze? Albo będzie za późno, albo będę musiał je zainwestować w coś innego, albo wreszcie sięgnę swojego małego szczytu…

Jak ginie romantyzm

Od początku stawiałem na romantyzm nie wiedząc nic o ideologii. Bardziej wyglądało to na dążenie do ideologii nie znając jej nazwy. Nie jest źle. Aktualnie wiem dużo więcej o tym czym się kieruję… Lub kierowałem. Bardzo ważne teraz jest odniesienie do czasu przeszłego. Zauważyłem jedno w całym tym kierowaniu się pewnymi zasadami – jeżeli polega jedna zasada, to ginie ideologia. Romantyzm jako to najważniejsze stawia cierpienie albo z powodu utraconej miłości, albo z powodu nie znalezienia tego uczucia. Niedosyt poprzedza cierpienie. Człowiek ogarnięty bólem romantyzmu budzi się za każdym razem w takim samym uczuciu, jak gdyby nie spał. Sen jest uciemiężeniem poszukiwań. Im bardziej romantyk cierpi z powodu swojej ideologii, tym bardziej podświadomość niszczy od środka. Depresja? Słabe stadium, ale jeżeli minimum trzy razy dziennie dręczą koszmary ideologiczne, wtedy stadium jest ciężkie to wytrzymania.

Coraz bardziej postępująca „choroba” romantyzmu powoduje, że w przypadku osób, które utraciły miłość, starają się załagodzić dwuetapowo skutki. Pierwszym etapem jest nienawiść siebie samego. O ile możliwe, to większość osób już na tym kończy swój żywot. Nadchodzi przecież stan, w którym jest świadomość w rodzaju „Tak, to wszystko przeze mnie. Sam jestem sobie winien!”. Na próżno tłumaczenie takim osobom, jakie to nie są winne. Przytakną bądź nie, ale i tak w myśl szukają więcej cierpienia. Jeżeli cierpienie postępuje, to nadchodzi drugi etap. Nienawiść do siebie jest wyprzedzona przez nienawiść do osoby utraconej lub innych osób (najczęściej par). Utrwala się to w psychice na długo, o ile osoba taka nie stara się znaleźć ratunku. A czy się stara? Nie… Romantyk w agonii chce umierać najmocniej. Najłatwiej jest przecież cierpieć, podczas gdy najtrudniej jest kochać.

Romantyzm jednak ginie. Zastanawiam się dalej dlaczego… I chyba wiem. Im dłużej romantyk sam ze sobą wytrzymuje, tym bliżej jest odnalezienia tego, czego nie chce. Zwłaszcza osoby, które utraciły miłość, nie chcą nikogo innego, tylko właśnie tą osobę. Do czasu jednak. Stany przejściowe wygasają mocno. Można się zauroczyć, ale nie czuje się w tym nic. Szybko mija… Ale to dobrze. Gdy już się nie szuka, cierpi się, nienawidzi i myśli tylko o tym, że już nic nie ma, los odwraca wszystko. Przypadkowe znajomości to nie jest nic bezsensownego. Przeciwnie! Przypadek jest bliski słowu przeznaczenie. To właśnie na samym końcu agonii rodzi się miłość, a umiera romantyzm. Tak, romantyzm umiera w momencie prawdziwej miłości. Nie mam na myśli romantyczności, która pewnie będzie trwać. Romantyzm umiera z powodu nabrania pewnych świadomości. Wypunktować, zapamiętać: jesteś, kochasz, jesteś kochany/a, dotrwasz wieki.

Obliczając szansę uwzględnij śmierć

To chyba ostatni raz, gdy przy tak małym doświadczeniu starałem się obliczyć szansę nie biorąc pod uwagę tych najbardziej podstawowych czynników. „Zdążę. W końcu mam pole manewru, więc nie ma co się martwić.” – krzyczała we mnie pokusa. Owszem, zdążyłbym… Na śmierć. Moja decyzja była przemyślana, ale nie założyłem dwóch zasadniczych czynników. Pierwszym był problem pogody, przy której ciężko było wykonać manewr w miarę szybko. Dobił mnie jednak czynnik drugi, czyli czynnik ludzki. Potraktowałem osobę będącą przeszkodą jako kogoś niezdolnego do podjęcia takiej decyzji, jaką podjęła. Cóż, stało się, ale mogło się to skończyć gorzej. Jedyne co widziałem przed sobą, to szybko zbliżająca się śmierć. Miałem tylko kilka sekund na obliczenie szansy wykonania manewru bez odniesienia szkód. Te kilka sekund wydłużyło się przez adrenalinę, a myśli były rozpraszane przez wzmocnienie unerwienia całego ciała. Decyzja zapadła – była krótka, przemyślana i jak najbardziej bezpieczna.

Około trzech sekund po wykonaniu swojej decyzji zauważyłem swoją „śmierć” obok, lecz już niegroźną. Efekt dalszy? Minutę później okazało się, że moja pierwsza decyzja mogła poczekać… Mój cel sam się ukazał bez wykonywania najmniejszych manewrów. Od tamtego momentu myślałem o swojej pierwszej decyzji jako o głupocie. Wielu przede mną w ten sposób zginęło, niewielu potrafiło sobie poradzić ze zmianą decyzji. Cieszę się jednak, że czasem potrafię ocenić lepiej szanse. To nie pierwszy raz kiedy nagła realna wizja śmierci wymusza na mnie ponowne przemyślenie wszystkiego w ułamkach sekundy. Hmm… Na przykład do dziś pamiętam, jak zostawiłem za sobą bardzo długą dróżkę krwi. W nieszczęśliwym wypadku na wakacjach rozciąłem sobie nogę. Decyzja szybka – bieg do miejsca, w którym zakwaterowałem się z rodzicami. W jakim momencie dobiegłem? Ach, w takim, że tylko szczęście mnie wybawiło. Rodzice akurat wyjeżdżali do pobliskiego miasta.

Mimo, że miałem opcję szybko opatrzyć ranę, to nie podjąłem się tej decyzji. Wiedziałem już wtedy o planach rodziców dotyczących wyjazdu. Musiałem zaryzykować utratę dużej ilości krwi. Noga szybko do sprawności po tym nie wróciła, a ja dostałem kolejną nauczkę. Cieszę się jednak, że przemyślałem w krótkiej chwili wszystko, włącznie z możliwą utratą przytomności. Objawiło się to przede wszystkim przebiegnięcie drogą, przy której co chwilę przechodzą pojedyncze osoby. Nie miałem pewności, że dostałbym pomoc w razie wypadku, ale lepsza taka opcja, niż zasłabnąć na drodze opuszczonej. Skrót w tym wypadku był najbardziej ryzykowny. Czasami absurdalne opcje są najlepsze. Kto w sumie wie, którędy śmierć chodzi? Lepiej zaryzykować wszystkim innym niż życiem. Co mnie jednak cieszy we wszystkich „wypadkach”? Że wyciągam z tego wnioski i coraz lepiej uwzględniam śmierć obliczając szansę.

Luźna myśl wśród nowości życia

Miałem nie wrzucać dzisiaj wpisu z powodu niewiarygodnie sporego ruchu w sieci. Obecna ilość pakietów wysyłana do sieci trochę mnie przeraża, zważając że ma to wpływ na szybkość mojego połączenia internetowego. Cóż… Trudno. Nie będę zatem lepszy, bo dorzucę swój drobny pakiet zwany wpisem.

Ostatnio przechodzę już sam siebie. Widzę i więcej, i mniej, a za każdym razem nie wiem co myśleć. Jeżeli widzi się więcej, to trzeba więcej myśleć nad tym co się widzi, ale widząc mniej trzeba dostrzegać te drobne detale zawarte w obrazie życia. To taka tułaczka myślowa, że nie ma nic tam, gdzie coś jako tako jest. Mój organizm i umysł testują mnie i moją wolę najwyraźniej. Dziwne uczucie nie wiedzieć co się dzieje z samym sobą. Niekoniecznie jednak jestem sam sobie winien. Niby wydarzenia wydarzeniami, ale jest jakaś taka siła, która ciągnie to wszystko dalej. Nie należę do tej części ludzkości, która zgadza się z własną podświadomością, ale niekiedy jest moment, że mam zamiar podać sobie rękę na zgodę.

Jestem ostatnio w stanie zobaczyć więcej życia po tym, jak zacząłem codziennie robić więcej kroków na tej ścieżce. Od dłuższego czasu wyginęły we mnie pewne wady z którymi walczyłem w przeszłości. Czy aż tak daleko trzeba zajść, by dopiero teraz zaczęło dziać się to wręcz automatycznie? Nie rozumiem tego, jak nie rozumiem wielu innych rzeczy. Mam jednak czas się nad tym zastanowić poprzez powrót pewnej cechy, którą jakiś czas temu utraciłem pod wpływem wielkiego upadku. Mianowicie mam na myśli cechę myśliciela. Niby nic? Hmm… W moim przypadku taka cecha potrafi odłączyć pewne cechy świadomości na rzecz narzuconych myśli. Naprawdę przydatne, zwłaszcza gdy trzeba podjąć jedną z wielu decyzji mających dalekie wpływy w przyszłość. Było mi to czasem potrzebne, jednak pewne wydarzenia miały niestety wpływ na uśpienie cechy. Chociaż byłem w sumie pewny, że to stracona cecha… Nieważne.

Ważny dla mnie jest jej powrót. Dlaczego? Cóż, to co się dzieje aktualnie w moim życiu wymaga przykucia nieco większej uwagi niż zwykle mogłem to zrobić. Nie tak dawno temu, bo w końcu w tym miesiącu, opisywałem drugi element mojego życia, który ostatnio dużo nabroił. Mianowicie mam na myśli wielką blokadę. Na jej miejsce nie powstanie żadna nowa blokada z powodu mojego strachu przed następną klęską. Nie jest miło stracić kontrolę nad własną umiejętnością. A jeżeli ma to nabroić jeszcze dodatkowo w sytuacji życiowej? Podziękuję za taką opcję. Póki co na miejsce blokady weszła autoblokada, czyli częściowy zanik emocji i strach przed zrobieniem jakiegoś kroku. Stany przejściowe – miną. To jest dla mnie idealny czas, ponieważ mogę znaleźć jakąś alternatywę do wyładowywania nadmiaru stresu.

Kiedyś były to gry komputerowe, jednak nie mam zamiaru już tracić więcej tyle czasu co kiedyś. Metod na odstresowanie jest bardzo dużo, jednak nie ma metody idealnej. Niestety… Wśród nowych kroków życiowych jest jedna opcja, jednak nie mam zamiaru z niej korzystać. W końcu proszono mnie o to… Chociaż sam czasem nie wierzę w to co mówię. Myśl może się pojawić u każdego, jednak nie każdy musi ją realizować. Ja najwidoczniej do takich osób należę. Nie jest mi z tym źle, bo wolałbym ponieść mniej konsekwentne koszta. Przetrzymywanie stresu ma także wysokie skutki, ale nie chcę jeden skutek zastąpić drugim takim samym. Żadne wyjście… Zastanawiam się nad wróceniem do nawyków w gimnazjum, kiedy to wieczory wyglądały nieco inaczej niż obecne. Bez żadnej techniki ani głosu puszczałem z komórki kilka kawałków do których spokojnie śpiewałem chodząc po pokoju. Obecnie od kiedy wypracowałem technikę zaprzestałem śpiewu, co najwyraźniej odbiło się także na moim systemie eliminacji stresu.

Nie jestem jednak pewien swojej teorii, ale pamiętam jak bardzo kiedyś dawało mi to przyjemność. Po wielkim upadku miałem zamiar ćwiczyć na większą skalę i po części zabrałem się do realizacji planu, lecz potrwało to kilka miesięcy. Efekt? Niezbyt dobry, bo zaowocowało to speszeniem się do własnego śpiewu. Było mi tego szkoda, ale takie były założenia psychiatry. Usuwając osobowość zacznę życie od nowa i najprawdopodobniej bez zbędnego stresu. Życie rzecz jasna od nowa zacząłem, ale chyba drugie założenie nijak ma się do rzeczywistości. Nieważne… Nie chciałbym przechodzić drugi raz przez to samo, dlatego tak bardzo doceniam teraz wynalezienia złotego środka na stres. Jestem świadom kilku takich złotych środków, ale nie tędy droga. Raz po razie znajdę albo coś nowego, albo przywrócę niektóre nawyki. Jeżeli coś pomagało przedtem, może i tym razem będzie miało swój wpływ? Kto wie…

Wiele starych nawyków zostało mi odciętych, dlatego nie ma tak wielkiego postępu prócz domysłów. To oznacza zupełną reorganizację czasu. Jeżeli tak ma być, to pewne nawyki wtedy muszą niestety zostać wyłączone z cyklu dnia. Hmmm… Za rok czas będzie zupełnie inaczej przeze mnie organizowany, więc być może uda mi się coś wykombinować na podstawie zyskanych dwóch godzin. Ostatni wolny czas zarezerwowałem już i tak na stronę. Zmiana hostingu, przerejestrowanie domeny i optymalizacja całości niestety zabrała mi tą drobną rezerwę, jednak nie miałem większego wyjścia. Po części nie żałuję. Czasem sama praca właśnie zabiera ode mnie te pokłady stresu. Sukces? Niekoniecznie.

Nie mam czasu na większe zlecenia projektów czy nawet realizację własnych projektów. W dodatku jeśli miałbym resztki dnia poświęcić pracy, to zaniedbałbym przecież moją partnerkę. Tutaj dobijają mnie szczególnie osoby, które mówią mi, że „na miłość mam jeszcze czas”. Na pracę też mam jeszcze czas i co? Wybieram miłość. Nie umiałbym bez niej funkcjonować chociażby z wewnętrznej filozofii romantycznej. Tak… Romantyzm we mnie kwitł od urodzenia i nie jestem w stanie nic z tym zrobić. Potrzeba miłości przejawiała się na bardzo wczesnych etapach życia. Zauroczenia karmiły tylko to, co dzisiaj jest moim wręcz narkotykiem. Ale czy ja w końcu aż tak na tą miłość narzekam? Wcale. Z tego względu, że jestem jeszcze młody, mam czas na naukę i partnerkę, a na pracę przyjdzie mi jeszcze czas do emerytury lub śmierci – chociaż liczę na to pierwsze.

W sumie boli mnie to nastawienie starszych pokoleń, które uważają nowe pokolenia za leniwe. Coś w tym niby jest, ale młode pokolenie przynajmniej korzysta z życia. Ile życia jest w ciągłej pracy? Tylko monotonia w której nie ma nic niezwykłego. Każdy dzień jest inny, lecz nie dostrzegamy nawet wtedy tego, co nas otacza i się zmienia. To w tym momencie świat stoi na filozofii, że wszystko jest stałe i nic się nie zmienia. Smutne… Mam tylko nadzieję, że zachowam tą myśl w głowie za dwadzieścia lat. Chciałbym żyć wieloma myślami z tych chwil, a mam w końcu jeszcze dużo czasu na swoje przemyślenia.

Zabawa w życie

Czym my właściwie jesteśmy? Czy aby na pewno ludźmi? Czy ten świat, co nas otacza, jest prawdziwy? Wielu odpowie tak, ale czym się różni świat ludzki od świata np. lalek. Właściwie to tylko większymi możliwościami. Poza tym? Niczym. To co nas otacza jest takie sztuczne przecież. Przejdźmy się po mieście, spójrzmy na aktualne pokolenia i te, które mają nas potem zastąpić. Jaka różnica? Coraz większa martwota. Wyróżniliśmy dwie płci, a ja widzę cztery: płeć męska i płeć piękna oraz ich przeciwieństwa: płeć mięsna i płeć pusta. Im dalej czas biegnie, tym gorzej z tym wszystkim. Nie boję się spojrzeć na teraźniejszość, otworzyć dawno oślepione oczy. Widzę tylko dążenie do upiększenia swojego ciała. Otaczają nas wory mięsa i plastikowe lale. Nie wiem dalej kto to lubi, ale to jest tylko moje zdanie. Przecież nie narzucę tego nikomu, bo i tak to nic nie da.

Wiele osób w tym momencie wyszłoby na przeciw mnie z hasłami typu „mam przecież prawo się komuś podobać!”. Cóż… Nie napisałem, że zabraniam. Róbcie ludzie ze sobą co chcecie, ale chciałbym coś zauważyć. Z tego wszystkiego nie doceniamy w ogóle innych wartości, które zaczną wymierać. Przede wszystkim: dlaczego mamy spadek średniego ilorazu inteligencji? Technologia nam rozumu nie zastąpi – prędzej czy później nasza rasa upadnie. Ale czy aby na pewno jesteśmy dalej spod nazwy „homo sapiens”? Nie, nie uznaję określenia „homo sapiens sapiens”, bo to tylko wymysł mediów, które dodają do głupoty ludzi. Neandertalczycy mieli większą pojemność mózgowia niż my, co jest dosyć ciekawym zjawiskiem. Ewolucja nigdy się nie cofa, ale wśród tego wszystkiego chyba tylko rasa ludzka jest w stanie się uwsteczniać.

Rozwijaliśmy się do końca XX wieku, dalej już tylko jest gorzej. Bierzmy pod uwagę wszystkie decyzje rządu czy może nawet codzienne decyzje ludzi. Wypadki na drogach, zabójstwa przez nieletnich, niestabilne budowle, epidemie, kryzys gospodarczy, rozprzestrzenianie się AIDS… Mógłbym tego wymieniać w nieskończoność, ale przyczyna przecież jest jedna – ludzie się bawią w życie zamiast nim żyć. Zabawa jednak kiedyś się kończy. To już nie ten okres życia, gdzie małe dziewczynki siedzą nad plastikowymi człowieczkami i mali chłopcy latają z kijami po lesie. Nawet ten okres życia zamienił się na panującą modę na podarowaniu dziecku komputera jak w najmłodszym wieku z dostępem do internetu. Gry z serii The Sims, Need For Speed, Fifa, itd. mają zastąpić dziecka wyobraźnie. Czytanie bajek własnym dzieciom lub podarowanie książki na wolny czas zostało zastąpione przez filmy animowane nie mające żadnych wartości ani większej fabuły.

Zjawisko kultury zanikło. Zginęło gdzieś w tłumie ludzi znających tylko „dobrą zabawę”. Impreza bez alkoholu czy innych używek jest już praktycznie teorią. A młodzież? Bierze przecież przykład z takowego „postępu” cywilizacji. Coraz częściej słyszę, jak młodzież z podstawówki przechodząc przez ulicę wręcz krzyczy do reszty swoich kolegów jak to się „najebali”. „Melanż” w ich słowniku to rzecz górująca, a nie byłoby w tym nic takiego, gdyby to wszystko nie było po części prawdą. Ale czy to wina ich? Oczywiście, że nawet nie wina środowiska, lecz samych rodziców.

Słowo „mama” ogranicza się do kobiety, która zrodziła kogoś w wyniku złych zabezpieczeń i cały swój czas poświęca tylko pracy i lataniu po sklepach. Gorzej wypada jednak słowo „tata”, czyli gbur siedzący przed telewizorem po pracy z piwkiem w ręku. Te stereotypy nie wzięły się znikąd i nie są aż tak mało inteligentne jak reszta. To wszystko może jednak ma uzasadnienie? Ile razy przecież słyszałem od znajomych, że rodzice mówią swojemu dziecku o tym, że tak naprawdę planowane nie było. Ojciec zdenerwowany pod wpływem alkoholu bije najpierw matkę, a potem swoją córkę by później wykrzyczeć na nią, że jest „suką”. Gdzie tu logika? Nie rozumiem tego zupełnie. Wyjaśni ktoś? Dla mnie to jakaś wielka paranoja…

Nie lepsi są przecież rodzice, którzy latami starają się o dziecko. Mają z tym problemy, a gdy wreszcie ich „błogosławieństwo” się pojawia, to zachowują się jak jakaś gównażeria, która by tylko się zajmowała sobą i ignorowała problemy innych. To nie jest człowieczeństwo! Prawdziwie uznam, że życie przeżywają bardziej osoby z depresjami, fobiami i innymi trudnościami niż pozostała część ludzkości. Dlaczego? Bo takie osoby przynajmniej nie oszukują siebie, wiedzą na czym stoją i co się dzieje naprawdę. Mają otwarte oczy mimo wszystko i nieważne ile im to zada bólu – idą wciąż do przodu przystając co chwile. Lepiej iść z przystankami i gdy jest ciężko, niż bawić się w bieganie po lesie jak wczesnej młodości dziecko. Wśród tego wszystkiego życie przecież jest zabawą.

Dziewczynki bawiące się lalkami po jakimś czasie stają się lalkami, którymi bawią się inni ludzie. Wszyscy ludzie w pewnych kwestiach dają się sobą bawić. Korporacje mają w tym największy udział, ale wiele osób zupełnie tego nie widzi. Zamiast tego lepsze są teorie spiskowe mające na celu ujawnienie jakichś tajnych organizacji typu „iluminaci”. Szukamy fantastyki w świecie realnym. Miejmy jakąś tam wyobraźnię w sobie, ale nie narzucajmy ją tam, gdzie jest to zbędne. Nie uczyni nas to szczęśliwszymi przecież. Co nas różni od tych wszystkich zabawek z młodości? To że żyjemy? Co to za życie, jak i tak dajemy sobą manipulować! Nie wiem jak określić upadek naszej rasy, ale nowa rasa ludzka żyje przecież wśród nas. Są to wszyscy ci ludzie, którzy zatracili umiejętność prawdziwego życia. Nie jestem pierwszą osobą, która o tym mówi i nie będę ostatni, ale będzie takich osób coraz mniej. Chociaż… I tak to nie zrobi nikomu różnicy. Żegnaj drogie człowieczeństwo.