Archiwa kategorii: Moimi oczyma

Marnując poglądy

Nie jestem do końca pewien, czy aby na pewno potrafimy radzić sobie z własnymi poglądami. Z góry założyłem wiele rzeczy, jednak zawsze staram się je prostować i poprawiać. Być może jednak zbyt bardzo pomyliłem się co do drugiej osoby.

To, że każdy z nas ma zwykle inne poglądy, to rzecz całkowicie normalna. Byłoby strasznie nudno słuchać wciąż i wciąż jak to każdy się zgadza. Lubię często dyskutować na tematy w których mam swoje uparte racje, a rozmówca nie dość, że to szanuje, to jeszcze stara się pokazać swoje zdanie. Dyskusja, czyli coś co powoli między ludźmi zanika. Zamiast tego tłumaczymy się tekstami „o gustach się nie dyskutuje”, lecz gust to też forma swojej prywatnej racji. W ten sposób mój światopogląd uległ znacznej poprawie. Wiele rzeczy z którymi się nie zgadzałem teraz spokojnie akceptuję lub toleruję. Jednym określeniem: popatrzyłem szerzej.

Niestety czasami jednak są osoby o tak ciasnym horyzoncie, że ciężko przyjmują jakikolwiek argument. Niekoniecznie wiem jak wtedy powinienem się zachować, oprócz stoickiego spokoju. Po zmarnowanym czasie na ignorowanie mojego zdania zazwyczaj kończę rozmowę by pozbierać myśli. Może kiedyś nadejdzie czas, że znowu powrócimy do tej rozmowy, a i może mój rozmówca bardziej dojrzale do tego podejdzie. Nie w sposób wymagać od niego by zgadzał się ze mną. Chciałbym bardziej chociaż próby zrozumienia mojego zdania.

Problem z cudzym zdaniem jednak ma całkiem spory procent ludzi i to nie od dziś. Wystarczy włączyć pierwszy program dyskusyjny o tematyce politycznej. Moim oczom ukazują się dobrze wyglądający panowie, czasem też i panie, którzy wyglądem sugerują dojrzałych rozmówców. Po pierwszych minutach programu nagle zaczyna się przekrzykiwanie i przerywanie, bo każdy ma swoją rację. I ja się pytam: te osoby mają władać naszym krajem? Przecież to do niczego nie podobne, gdy dorośli zachowują się w takiej sytuacji zupełnie jak dzieci.

Nie daję tu słowa dzieci bez powodu zresztą. Za o wiele młodszego mnie dobrze pamiętam jak to wyglądało. Sam brałem przykład z takich zachowań przed długi czas, lecz wychowanie ojca jednak odniosło skutek. Przede wszystkim nie pozwalał sobie przerywać, a tym bardziej bym przerwał mu w rozmowie z drugim człowiekiem. I bardzo dobrze, bo zaczynam dostrzegać tego głębsze dno. Jeżeli przerywa się drugiej osobie, to pokazuje mu się brak szacunku. Chwilowy lub nie, ale takowy jest. W kłótniach zresztą każdy szanuje swoje zdanie, więc jest to absolutnie normalne. Ale co, jeżeli przerwie się cudzą rozmowę? Z mojego punktu widzenia nie okazuje się wtedy szacunku dla tych osób, które miały brutalne przerwanie. Brutalne, jeżeli ktoś nie dał sygnału, że chce coś powiedzieć. Tak czy inaczej nie powinniśmy tak czynić, a często w to brniemy. Jeżeli ktoś łatwo traci myśl, a ma coś dobrego do powiedzenia w tym czasie, można nazwać to wtedy fatalnym błędem. Grunt by potem wybaczać, każdy bowiem popełnia błędy.

Ale zszedłem z tematu troszkę. Swędzi mnie jedna rzecz, a mianowicie to, że za poglądy trzeba poświęcać czasem życie. Dajmy na przykład, że rozmówca twierdzi, iż jakieś zwierze jest lepsze od człowieka. Dobrze, jego zdanie. Jeżeli jednak tak twierdzi, to czy nie powinien z tym coś zrobić? I chociaż to może nieco brutalne z mojej strony, ale widzę dwie opcje: albo zostać seryjnym mordercą, albo zabić samego siebie. Przecież miejsce dla tych „lepszych” trzeba zrobić. I jeżeli ktoś w tej chwili nie wyłączył wpisu, to szybko sprostuję: do końca tak nie uważam, jak przed chwilą napisałem.

By dokładnie przemyśleć powyższe zadałem sobie pytanie: Czemu ktoś ma ginąć za cudze poglądy? Wojny są głównie o to oparte, ale nie tylko. Mamy też inne powody, ale głównym problemem jest siłowe narzucenie swojego zdania. Wojny polityczne czy religijne… Wszędzie tylko: moje zdanie, moja racja. Szkoda tylko, że główni reprezentanci siedzą sobie spokojnie, a ludzie giną. Giną za cudze poglądy. Wyjątkiem jest chyba tylko muzułmanizm, gdzie do wojny przystępują popierając w pełni rację. Co jednak jeżeli w wojsku są osoby, które są innych poglądów? Muszą walczyć by zachować „pokój”. Pokój, który można również rozwiązać szanując zdanie drugiej strony i przysiadując do rozmów. Negocjacje i te sprawy, a i tak każdy dba o swój interes. Można by było jednak odłożyć broń i zapewnić wszystkie rodziny, że ich członkowie nie stracą życia w obronie nie obywateli, a poglądu rządzących, bo to oni siedzą przed przyciskiem „pokój” uparcie nie chcąc go wcisnąć. Chyba, że ktoś ma ambicję jak np. Hitler. Możemy już wtedy tylko się bronić, a najlepszą obroną jest atak.

Hitler widział pewien procent jako ten „gorszy”. Martwi mnie to, że dwa akapity wcześniej wspomniałem o „lepszych”, co było swoistym pokazaniem, że wciąż staramy się usilnie rozróżniać lepsze-gorsze. W takim wypadku jako „gorszą” stronę uważam rozmówcę, który nie ma szacunku dla żadnej strony. Co jak co, ale na świecie akurat tych w/w „gorszych” nie potrzeba. Tylko im zostaje wybrać Matrixową pigułkę: zostać w takim stanie albo poszerzyć horyzont o fakt, że nic nie powinno być wyżej.

Era post-człowieczeństwa, czyli jak ludzie dążą do bycia simami

Dzisiejszy dzień dla mnie jest dosyć senny. Mało przytomny muszę wstać do pracy z myślą, że chcę jak najszybciej wrócić do krainy snów. Podczas porannej dawki nowych informacji czytam o wizji przeniesienia ludzi do pamięci maszyn w celu uzyskania nieśmiertelności. Bierze mnie natychmiast jeden wniosek – zbliża się era post-człowieczeństwa.

Wadliwość ciała nie wyeliminuje nam zrobotyzowane ciało, nie wiedząc nawet na jak długo będziemy jeszcze panować nad sobą. Gdy ciała ludzkie zostaną wyeliminowane, także rasa ludzka się skończy. Wszelkie umysły ludzi zostaną przetworzone na szereg zero-jedynkowy. Program, którym rzekomo ma być człowiek, niekoniecznie musi znaleźć się w robocie. A co jeżeli ludzie zrobią z siebie simów? Kto grał lub widział grę The Sims zapewne wie jak ten świat wygląda. Wirtualne rodziny, wirtualne domy, wirtualne potrzeby, wirtualne rzeczy – wierzchołek góry lodowej. W którymś momencie przestaniemy myśleć czy wirtualne potrzeby wirtualnych nas są nasze, czy może ktoś ponad steruje nami…

Nie przyrównam tego w żaden sposób do filmu Matrix. W świecie Matrixa każdy był programem, który spełniał jakąś funkcję, a poza Matrixem ciała istniały przyczepione do mechanicznych kokonów. Już dzisiaj tworzy się gry, w których zakłada się wirtualnego „avatara” w celu uzyskania wirtualnego życia. Nie zdziwiłbym się, gdyby był to rodzaj przygotowania ludzi do mojego mrocznego scenariusza post-człowieczeństwa. Nie chciałbym nagle zostać przeprogramowany na striptizerkę pracującą za kilka zł tygodniowo na utrzymanie czwórki dzieci. Myślę, że ludzie podniosą bunt w momencie wchodzenia tej technologii w życie, ale niekoniecznie będziemy może mieli wybór. Równie dobrze zrobotyzowane ciała będą w stanie zmusić siłą ostatnich normalnych ludzi lub nawet wyeliminować ich w celu uzyskania „oczyszczonego” świata. Bo jeżeli nikt nie będzie mógł zniszczyć główny serwer (a takowy na pewno będzie istniał)? To wygodne przecież, zwłaszcza dla organizacji, która będzie nad tym wszystkim panowała.

W filmie Surogaci zawarta była wizja, w której ludzie są w zrobotyzowanych ciałach, ale ich ciała żyją i funkcjonują, a w robotach znajdują się dzięki specjalnym kapsułom umieszczonym w domach. W miarę prób zniszczenia całego tego społeczeństwa zauważamy, że jest jeden serwer i organizacja, która pilnuje całego tego bałaganu. Każdy był na podglądzie, a w wypadku, gdy pilnujący wykryli łamanie prawa (np. gwałt na innej kobiecie) odcinali ludzi od ich „ciał”. Wygodna wizja władzy wyższej i pstryczka do wyłączania ludzi? Oczywiście. Ale gdyby to przenieść do wirtualnej przestrzeni… Nie byłoby pstryczka do wyłączenia, lecz dosłowne przeprogramowanie ludzi by byli takimi, jak chce tego władza wyższa. Rodziny idealne, brak przestępczości, każdy w domu ma legalną kopię Windowsa 3300… To już nie będą ludzie… Tylko programy sztucznej inteligencji.

Niektórzy chcieliby tak żyć wiecznie – bez problemów, trosk, zagrożeń. Jednak nie ja. Takie życie jest pozbawione sensu. Nie istniejemy po to by istnieć… Czytając opinie innych natknąłem się na ciekawy komentarz: „Wolę wierzyć w niebo niż być załadowanym do ciała robota”. Rzecz jasna „robot” to niby cel projektu, ale ja widzę w tym ten cały większy plan. A jeżeli nie będzie władzy wyższej? Wtedy możemy spodziewać się co najmniej innego zagrożenia. Każdy system bowiem zawsze może złapać wirusa. Oczywiście, musi on zostać napisany i wprowadzony. Ale równie dobrze czyjaś osobowość może być tym wirusem. Także wizją filmu „Pamięć absolutna” ktoś może zaprogramować komuś pamięć tak, by zawirusować cały serwer. Trwa transfer osobowości i wirusa za jednym razem…

Nie powołuję się przecież na filmy bez powodu. To wszystko to spekulacje, kinematograficzne próby pokazania nam klęski ludzkości. Producenci widzą w tym pieniądze, scenarzyści szansę do przekazania swoich obaw, swoich wizji. Jak to widzi widz? Nie widzi, ponieważ mózg wyłącza się w momencie włączenia telewizora. Masa manipulowanych treści i innych filmów wręcz ogłupiających ludzi powoduje, że te wszelkie próby uświadomienia ludzkości o zagrożeniach wręcz umierają. Mam swój groszowy wkład w zapychanie świata zbędnymi informacji i jestem świadom zagłuszania pewnych informacji, ale staram się także działać na przeciw temu zagłuszaniu. Działam na obu frontach, ale nie bez powodu. Gdzieś tam w obu przypadkach kryję wielkie nadzieje, że nigdy nie dojdzie do najczarniejszych scenariuszy siedzących w mojej głowie.

Problemem jest, że siedzi ich jeszcze wiele, a z przekazem wciąż walczę. Dzięki czytaniu opinii dowiedziałem się o naprawdę wielu filmach oddających ten scenariusz pod przekaz, nie omieszkam je obejrzeć. Niemal przygotowuję się na to wszystko, lecz niezupełnie. To bardziej przygotowanie mentalne niż zbrojenie się i szkolenie rodziny do tego wszystkie. Nie jestem fanem gościa, który opatentował masę ekwipunku z sąsiadami na apokalipsę zombie, toteż nie mam zamiaru nawet bomby w głowie zamontować. Żyję nadzieją, że te umowne 35 lat wydłuży się dzięki społeczeństwu wierzącemu w wolność siebie i swoich ciał. Jednak… Patrząc na te wszystkie próby ograniczenia ludzkości… Czy nie wydaje wam się czasem, że cały ten terroryzm i hakerzy mają na celu wybudzenie nas?

Wojny i cyberwojny… To wszystko kiedyś było w ochronie wolności… I nie mówię tu o prześladowaniu Polski przez Hitlera, lecz o Polsce, która broniła się przed nim. Podnosimy walkę by bronić siebie, więc czy i fale terroru i cyberwojen nie chcą ochronić nas przed ogłupiającymi mediami czy próbami cybernetycznej inwigilacji wielu państw? W żaden sposób nie popieram strzelania do ludzi, ale liczę na to, że sposób terroru także się zmieni, a ludzie zaczną to wszystko zauważać, mimo że media będą tylko podjudzać tłumy do walki z terroryzmem o „wolność”. Nie chcę być żadnym simem czy innym badziewiem! CHCĘ BYĆ CZŁOWIEKIEM!