Archiwa kategorii: Poza rzeczywistością

Słońce całuje księżyc

Świat spowił się we śnie, a na niebie jaśnieje księżyc. Jaśnieje wyznaczając porę nocy, pokazując być może skryte rzeczy. Skryte zarówno na uśpionym świecie, jak i w ludziach oglądających jego księżycowy majestat. Jednocześnie zdać sobie można sprawę z tego, że księżyc pokazuje tylko to, jak jest szczęśliwy. Szczęście odbite od grubej jasnej skorupy. Skorupy przerażająco zimnej, a jednak… Mającej w sobie ciepłą warstwę energii, którą kieruje się w stronę słońca.

Na naszym niebie wzajemnie tańczą słońce i księżyc. Chociaż tego nie widzimy, słońce całuje księżyc. Całuje go promieniami słonecznymi, a szczególnie widzimy to zjawisko nocą. Z początku nieśmiały księżyc wychyla się spod naszej planety by w pełnym majestacie spotkać się ze swą miłością. To ten jedyny moment, gdy widzimy księżyc w pełni. W pełni szczęścia! Szczęściem zaś odbija pocałunki na ziemię fascynując miliardy ludzi. Stąd śmiem twierdzić, że noc w świetle pełni księżyca jest najbardziej romantyczną nocą, a przychodzi nam zaledwie co jakiś czas. Niestety po spotkaniu księżyc musi odejść, na chwilę.

Na niebie płoną też gwiazdy. Chwilę mi zajęło by dostrzec w nich świece. Tak, te romantyczne, lecz palące się dłużej niż ludzkie życie wynosi. Spotkania romantyczne przecież nie mogą się kończyć zbyt szybko! A miara ludzka szczęściem lub nie, lecz zapisana została krótką. Każde istnienie, które choćby kilka dni pożyje, zobaczyć powinno niekończącą się historię miłości, zwłaszcza gdy słońce całuje księżyc. Dzień i noc, miary ludzkie, a dla zakochanych toć i tak wieki. Wieki na czynieniu to, co serce pierwsze mówi, a rozum cichym zostaje. Póki serce nie ucichnie, póty starczy im czasu. Niech korzystają…

A ile to trzeba mieć szczęścia, by zobaczyć na własne oczy ich zbliżenie do siebie! Nazwaliśmy to zaćmieniem słońca, lecz jest to chyba jedyny moment w życiu, gdy mogą oni być tak blisko, by księżyc zasłonił plecami ich namiętny pocałunek. Pocałunek na który muszą czekać tak długo, a jednocześnie który czyni ich szczęśliwymi oraz gotowymi do dalszego czekania. Cóż… Współczuję im z całego mojego serca, że bywa ten moment tak rzadko, a tych dwoje znów musi czekać widząc się ledwie krótki okres czasu. Naszą miarą jest to wystarczająco długo, lecz romantyzm nasz nie jest na tyle objęty wyższością, co można na niebie zauważyć.

Słońce duże, księżyc mały; słońce gorąco, księżyc zimny; słońce ustala zasady, księżyc ich przestrzega; słońce całuje promieniami, które księżyc odbija. Tak wiele ich różni, a jeszcze więcej łączy. Nie tyle cecha wadą od razu, ile bardziej uzupełnieniem. Tak, jedno drugie uzupełnia i może to tylko dodaje im do romantyzmu. Trudno mi orzec, szaremu człowiekowi, widzowi. Nie mam dość czasu na ziemi by dać lepszą ocenę niż szybka subiektywna opinia. Szybka względem ich cyklu życia, bo choć już wiele niebo czynią, to i na nich przyjdzie pora…

Gdy słońce swe życie zakończy, z księżycem się ostatecznie połączy. Uczynią oni jedność, zwiastun końca. Lecz gdy coś się kończy, to coś się zaczyna. Przyjdą następne pokolenia i znów słońce księżyc spotka. Spotkanie niech pocałunkiem zostanie rozpoczęte, bowiem znów cykl się rozpocznie i znów na niebie będą się działy romanse, a istnienia żyjące będą podziwiać to po kres ich bytowania. Będą rozkoszować się tym, czym my możemy rozkoszować się teraz, chociaż oni zobaczą i tak coś innego niż my. Co istnienie, to inny sposób postrzegania, a i inny pogląd oraz inne wnioski. Dużo bym dał by nie dość, że zobaczyłbym chętnie następne pokolenia miłosne, to chętnie posłuchałbym poglądów kolejnych widzów.

Cóż… Zostaje mi tylko zazdrościć. Ludzkie życia trwa dość krótko biorąc pod uwagę żywot tej dwójki niebiańskich zakochańców. Właściwie to za dużo nam do nich brakuje, a jeszcze więcej granic mielibyśmy do pokonania próbując im dorównać. Nasz umysł nawet nie jest w stanie tego pojąć, lecz serce wysłuchując symfonii dnia i nocy być może jest w stanie rozumieć. Rozumieć także dzięki oczom, które bacznie mogą obserwować pocałunki nazywane promieniami światłą słonecznego. To wszystko nie broni mi jednak by brać z nich przykład. Jam jest słońce – duże, gorące i całujące mój księżyc – moją Madzię. Po kres naszego wspólnego życia nie ominę cyklu, bowiem miłość jest naszą orbitą…

Gdy artysta tworzy…

Siedzę i tworzę. Tworzę sztukę. Sztukę, która żyje. Żyje śmiercią, lecz nie własną i nie czyjąś; nie darem i nie karą. Nie dane jest artyście zrozumieć, gdyż on tylko tworzy. Tworzy, gdyż taki jest jego cel. Żyj człowieku i twórz, a umrzesz, lecz wciąż żyć będziesz. Przeżyjesz, mimo śmierci, a i niech zapomną o tobie i twym dziele. Twórz, przeżyjesz, choć bruk ciepła ci nie zapewni. Nie wykarmi cię i nie poda ci szklanki w godzinie śmierci. Nie masz już prawa nawet nic żądać, poza prawem do śmierci, chociaż i jej nie w sposób ci przyspieszyć. Ty masz tylko jedno – swoją sztukę.

To nie ptak i nie samolot, chociaż wnosi się wciąż w górę i po niebie szybuje. Podpowiem ci – to twoja dusza. Tętni niczym życie w twej sztuce, a dzieląc się dziełem i sobą się dzielisz. Zniszczą i wszystko co żeś stworzył, spaczą i to co żeś im oddał, lecz dusza nietknięta zostanie. Będzie ona zawsze tutaj i tam, gdzie twa sztuka sięgnie. Nieważne w jakiej formie dostarczysz to ludzkości, lecz zostaw im ślad, ślad którym ty się staniesz. Dla przyszłych pokoleń chociaż, toć może te wszystkie nadzieje pokładane w nich jeszcze nie będą stracone. Póki ktokolwiek i gdziekolwiek żyje, to i szansa na lepsze jutro jest. Być może i ta sztuka odmieni czyjeś życie, a wtedy artysta wciąż będzie przeżyje po śmierci.

Umarł! …a wciąż żyje. Wciąż tętni, wciąż serca odmienia, a wszystko z ukrycia, bo w świecie już wygasł. Ma swą szansę, więc pokłon mu dajmy, gdyż jest wybranym spośród wielu, jeden by przyszłość odmienić. O pomoc zawoła, lecz sam to musi zrobić i miejmy nadzieję, że mu się to uda skutecznie. Nie wymaże swych grzechów, nie wymaże też przekleństw, które rzucił. Pamięć o tym może i też zostanie, lecz nie ważne jest co zrobił złego, a co dobrego zrobił, robi i zrobić może. To nie kartka papieru by do szuflady „straceni” ją wsadzić. Nie, to człowiek, artysta, jeden z wielu. Stworzony do wielkich rzeczy, lecz nie za życia jak marzył od zawsze i jak marzył do końca. Obdarowany został przekleństwem, choć świat spostrzegł w każdym jego aspekcie.

Tyle artysta widzi, ile serca włoży w świat, nie w dzieło, gdyż wszystko i tak w dziele umieszcza. A świat też tętni duszą, jakoby właśnie był dziełem. Pięknym dziełem jest świat i owoce jego, życie każde i towarzysząca mu śmierć. Ileż to trzeba by było serc ludzkich włożyć by stworzyć coś podobnego? Ogromu liczb nie jestem w stanie sobie wyobrazić, a znam jedną wartość, która cieszy mnie niezmiernie, bowiem tylko jednego serca ludzkiego potrzeba, by to całe piękno zobaczyć, zrozumieć. Artysto drogi, nie wahaj się sercem patrzeć, mimo że ciernie i je mogą dosięgnąć. Nie zrobisz nic z tym, że okrucieństwa wpisane zostały między nasze życie, a zranić doszczętnie potrafi wszystko, co napotkasz. Być może świat chowa pod tą złą warstwą swoje prawdziwe piękno, lecz tobie jest tylko to zobaczyć. Czy poświęcisz się? Daj serce byś dokonał tego, byś zrozumiał co trzeba, a sztukę stworzył na wszystkie czasy, na wszystkie istnienia, na wszystko co tętni, a i inne sztuki tętnią.

Będziesz wysławianym spośród wielu, bo właśnie w tym momencie nie zawahałeś się, dokonałeś nigdy wcześniej niedokonanego. I choćbym miał stanąć przed tobą, a i za niestosowne by to było uznane, to i tak uścisnąłbym ci dłoń pokłon oddając wobec twego dzieła. Wielu umarło, wielu nie spróbowało, a ty to zrobić możesz. Może i nawet ja mogę, lecz sztuką nie nazwę spaczone serce, poharatane i z mrokiem w najdalszych jego miejscach, które niezbadane nigdy zostaną. To nie jest sztuką przecież, że błąd za błędem ciągnę. Nie, ja tworzę inną sztukę, choć nie równą przecie mym marzeniom o jakże wielkim ideale, który komuś na pewno jest dany. Cieszyłbym się ponad wszystko ostatnim tchem zobaczyć ziszczające się marzenie.

Tyleż piękna przecież w świecie, tyle żem już zobaczył sercem, które tak bardzo krwawi! To dalej za mało, więc nie mi jest dane by przeznaczeniem odmieniać wieki. Łzy decyzją były niejako, gdyż ulotne są, a nie tak trwałe jak sztuka. Nie sztuką jest płakać, nie sztuką jest żalem świat przytulić. Toć powszechne zjawisko! A ten jeden artysta powszechnym być nie powinien, toć pokolenia wciąż czekają na innego wybawcę. Przyjdź i wypełnij swą duszą sztukę, a sztuką zalej świat byś po śmierci wypełnił nią ludzkość. Żyj, tętnij w każdym, dziel się i bądź wszędzie! Nie jak nowotwór i nie jak Bóg, lecz jako autor nowej mentalności, przyszłości tego świata, a o ile świat dożyje artystycznego cudu. Dopóki ludzkość przeżyje, będziesz towarzyszył jej. Będziesz martwy cieleśnie, lecz żywy duszą wciąż z nimi.

Cień żalu leczę

Cień padł na świat, złorzeczy to bardzo. Ja siedzę, na to wszystko patrzę, a me oczy różnic nie widzą. Nie ma tych krat, co świat założył na mnie, bowiem żadne tworzywo przed tym cieniem skryć się nie może. Nie wolny i nie zniewolony, toć ten stan mnie ogarnął. W ciemnościach nawet smutek nie nabierze kształtu. Byłem, umarłem, gdzieś tu powstałem. Nic nie zmieniając, brzemię swe pociągnąłem. Zatrzymał się czas nieubłagany, katem mi jest wybrednym bardzo. Kto widział zatrzymać wszystko, gdy człowieka żal w sercu rozpiera?! Tyran ten czas, tyranem nazwę twórcę złego cienia! Niech pochłonie go największe źródło zwątpienia. Toć we mnie ostatek nadziei jeszcze nie umiera.

Pogrzeb drugi wyprawić mi chciał ktoś, a ja i takich wielu przeżyję. Tyranów, tych którzy za nic mają czyjeś cierpienia. Człowiek przeznaczenia swego nie pozna, gdy przyjdę, powitam, do grobu zaprowadzę. Pogrzeb wyprawię godny uczczenia, gości zaproszę godnych wesela, wszystkich pochowam w woli zapomnienia. Niech zapomną, zapomną co złego, niech żyją chwilę skromnie i niech mi nie krzykną, gdy odkopię niepamięć, przywrócę co złe wtedy, gdy przeciwko mnie ponownie wyjdą. Toć przez nich słabnę co chwilę i za krat swego świata nie widzę, a siła mi wielka zanikła o wiele za szybko. Słaby, lecz słabością wygrać też mogę, bowiem słabość to nie gorszy oręż w walce przeznaczenia. Wieki minęły, a ja nie byłem tak nisko w przestrzeni swych ciemności, upadku, cierpienia, i gdyby szalę odwrócić o ile te wyżyny byłyby zgubą, utrapieniem, niechybną przegraną wroga. Wróg i tak padnie, nie ma czego w walce trzeba.

Serce ja wkładam, sercem wszystko znoszę i nie pogardzę użyć go jako oręża ani jako tarczy. Toć silniejszy materiał niżeli pradawni kowale i płatnerzy znali. Wiążę się słowem własnego sumienia, że dotrę tą drogą do artystycznego zniszczenia, lecz nie świata, nie ludzi, a własnego istnienia. Niech łzy me strumieniem popłyną wielkim i silnym, niezrównanym z innymi. Przyjdzie i czas, że gdy wody świata padną to strumień zostanie, bowiem końca nie widzę i końca nie czuję. Bezkres mych myśli i uczuć pokrywa me wnętrze, a cierpienie wygrywa. Ta siła tak wielka, toć góry kruszy i lasy wycina, źródła wysusza tam gdzie jest za dużo istnienia… Związana zależność – element istnienia. Pierwiastek, który na koniec wszystkiego wpisany był, jest i będzie, a ja w jego centrum, zakuty w kajdany własnego brzemienia. Nie lekkie mi ono, lecz i nie ciąży zbyt wiele.

Dopasowane zostało o wiele za dobrze bym skarżył się dzień w dzień jak to ja dźwigam za wiele. Wciąż widzę swą ścieżkę, daleko jej koniec musi być o wiele, gdy jedyne co widzę to wciąż krajobraz zagięty pod dyktando uczuć. Toć minęło może lat za wiele, a krzywda se stała, bo stać się przecie miała, a ja wciąż patrzę z nadzieją na drogę. Wypatruję czego żem szukał tak wiele, znalazłem, zgubiłem, straciłem gdzieś cele. Tak bardzo się starałem wykonać swe zadanie najlepiej, zawiodłem, znudziłem los mój wielki. Nie byłbym w stanie pokusić go o wiele, lecz teraz co pragnę to by spojrzał raz na mnie, a potem na siebie, swe błędy zobaczył, pomyślał, policzył, a może coś stracił. Stracił, a było tego wiele, lecz cóż ja poradzę, gdy traktuje się mnie jak ziele, co czasem uratuje, rośnie spokojnie, a bez opieki uschnie.

Zawiodłem się bardzo na tym systemie, że ja za losem, a nie los za mną, że tak mi zależy dotrzymać brzemienia, że nie dorówna mi żaden przeciwnik mego istnienia. Przyszedłem i jestem, umarłem, powstałem, odszedłem, lecz przyjdę. Głupio postąpię, zaufam raz jeszcze, zrobię co robić robiłem, a toć i wiek się zmieni. Niech i czas się zmieni sam w sobie za innym, niech nie patrzy na cień, lecz granicę mu swoją wyznaczy. Niech się i los mój poprawi, nabierze odwagi, zacznie się odwracać, spojrzy, zapłacze i przeprosi to młode dziecię. Ja chwilę jeszcze posiedzę, popatrzę na świat cieniem pokryty, gdzie nic nie istnieje, a wszystko znika w mym żalu.

Wykopałem sobie grób

Czas pokazuje, człowiekiem zdartym z honoru zostaję. Nie wybrałem tak, zostało mi to wybrane. Z cierpienia zostałem zrodzony, w nienawiści utwierdzony, do ranienia najwyraźniej stworzony. Tysiąc noży w serce me było wbite, a jedynie kosą śmierci może zostać przebite, pozbawione muzyki wewnętrznej, bić by przestało wezwane kruchym szeptem. I czuję, i słyszę, i wiem już co będzie, więc idę i szukam. O, miejsce znalazłem, dobrem nieskażone, śmietnikiem na me ciało będzie. Podchodzę i kopię, wciąż głębiej i głębiej, a księżyc mi świeci, ślepym swym okiem mnie widzi, a ja dalej kopię. Księżyc już zasnął, lecz dnia nie widzę. Zasłona chmur me przedstawienie już kończy. Łzami mnie niebo oblewa, a ja w głębokim już dole, kładę się by spać po wieki w umorze.

Jeszcze ostatnim spojrzeniem pożegnać się z tym światem. Bestią w nim byłem, potworem bez twarzy! A uciec od siebie nie mogę, pochowam tu siebie zatem! I niebo zapłakać mocniej zaczęło, ono litości dla mnie szukało. A jam je odrzucił, nieprędko pożałuję, sprawiedliwy dobrałem dla siebie sąd, sam go też wykonam. Łzy nieba ziemię osuwają, zasypanym niedługo zostanę. Bez tchnienia „żegnam” wypowiadam światu, oczy zamykam i w sen się oddaję. Śladu po mnie nie ma, żadnej oznaki istnienia. Zostanę tu po wieki w odmętach zapomnienia. Nieskażona dobrem ziemia, kraina spaczenia, gdzie nikt nie chodzi, nic się nie rodzi, a wszystko umiera. Przepraszam to miejsce jednak, za ciężar mego istnienia, które tu spoczęło. A słowem żadnym nie stworzyłem tego, wszystko zaś inne ciężarem słów poprzednich zaistniało.

Zabawa w proroka przeklęta, rzuć na wiatr życia słowa, obserwuj czy nie wrócą czasem, toć wszystkie wracały i nożem w serce me obawy potwierdzały. I tym razem, i znów coś powiedziałem, i znów wiatr kierunek zmienił, i znów nożem oberwałem. Lecz nie… Tym razem ostrze dalej sięgnęło, osoby postronne ucierpieć musiały. A było tak dobrze i znów me serce się żali. Niech żali się i krwawi, potwór cierpieć wciąż musi. Niech zdycha pod ziemią, w krainie śmierci zakopane, nieprzebite nigdy, nieśmiertelne zarazem. Ukrócić cierpienia kosa śmierci może, lecz mój przyjacielu żniwiarzu, ostrz kosę dalej, lecz serca nie tykaj. Nie ono teraz ma skończyć bić bólem, nie koniec jego udręk jeszcze, bo przyjdzie jeszcze jedno słowo, a i ono do mnie znów wróci.

Przyjdzie i moment, w którym nawet wieżowce na mym grobie zrobią, a i niech fundament z tytanu będzie, a słowo się spełni i wyjdę, powrócę, znów stanę na ziemi. Znów zabiję mocniej mym sercem, a dźwięk jego się uniesie w przestrzeni. Czy potworem będę, czy innym stworzeniem, nieważne to jest, bo wrócę, a grunt niech się mieni, drogę oświetla, a nic się nie zmieni. Nową obiorę, lecz cel ten sam będzie i dojdę do niego, prędzej czy później. Feniksem zostanę, w popiół się zmienię, z popiołu odrodzę, by znów w popiół wrócić. Niekończąca się historia, sinusoidalnie pisana zostanie. Wzlotem i upadkiem, nierozerwalnie takim będzie. Lecz jedno rzec muszę, już raz upadłem, drugi raz upadnę wreszcie, ale nie teraz. Nie grób będzie mym upadkiem jeszcze, nie w tej minucie on ma nastąpić, nie dzisiaj i nie jutro, nie prędko nastanie.

Trzęsę się w grobie, przewracam okropnie, nie gotów do wyjścia, lecz przez skutki wszystkiego. Ziemia na zewnątrz drży, widzę co się stało, czuję to w mych kościach, sercu zakopanym. Zatrząsłem fundamentem istnienia, więc istnienie przetrząsa znów ziemię od nowa. Szukają, nie znajdą, mnie nie ma w ich świecie. U śmierci się chowam, nie zaszli tu jeszcze. Nim zajdą, zapomną, jak nie to niech księżyc znów świeci i patrzy, jak dostaję ostrzem zemsty wciąż na nowo i nowo, nie padnę i tak na kolana ku śmierci. Z mych ust wyjdzie mgła, odpowiedź równa zamieci, pokryję nią krainę, zachowam tajemnicę mej śmierci. Przyjaciel będzie już gotów, ostrzem kosy zaświeci i raz jeszcze do dołu wpadnę, raz jeszcze okiem spojrzę, słowa wypowiem i zasnę, tym razem na wieki.

Człowieku z kosą

Człowieku z kosą! Ty któryś wziął na siebie swe brzemię! Po coś kosę wziął tak naprawdę? Po coś brzemię na siebie założył ogromne? Miałeś życie, oddałeś je śmierci i nią się też stałeś. I po co? By przyjść po bliskich, którzy dalszego życia zaznać nie mogą? Jakiż to cel w tym, by widzieć cierpienie odejścia z tego świata? Ino są osoby, które ciebie pragną, lecz nie w tym rola, by chwytać za kosę. Kroczysz przez świat pod kapturem skryty. Widzisz lub nie, ale się rozpadłeś. Twe ciało za stare już było, cierpień świata doświadczyło. Rozkład dopadł twe tkanki, zostawił tylko kości. Nie czujesz bólu mięśni, ale niech on gnębi twego ducha. Skoroś wziął tą kosę, musiałeś być świadom brzemienia. Jaki w tym cel był? By przeżyć wieczność, wśród cierpień idąc i cierpiących zabierać. Cierpi każdy, który umiera, a ty go zabierasz… Od tak…

Ale jaką w tym role gra twój wybór, by śmiercią się stawać i ludzi zabierać? Ach, niewyjaśniona istoto ze swymi nieznanymi myślami. Co musiałeś czuć wybierając kosę za życie? Chciałbym to wiedzieć, odczuć swą empatią wszystko. Zrozumieć ciebie takim jakim jesteś. Nieznanym… Istotą z kości, gdzie szmaty zniszczone, z ciemności zrodzone, kryją twe prawdziwe oblicze. Kroczysz wśród mgły zrodzonej z łez, łez twych bliskich, których trzymasz tak blisko. Blisko swego serca, które już dawno się rozpadło, a jednak zostało, niewidoczne wśród kości. Rozpadłe, istniejące, duchowo obecne, cierpi i boli, płacze o spokój ducha. A ty wciąż walczysz, walczysz nie wiem o co. Zabierasz dusze tam, gdzie ich miejsce i nie wyrabiasz, bo widzę twe braki. Wciąż i wciąż dusze błądzące czekają na ciebie, a ty ich nie widzisz. Widzą je inni, mając strach przed nieznanym.

Czy to twój krzyk, prośba o pomoc, że ludzie martwych przeprowadzać muszą? Nie wyjście dać im dar i nie wyjaśnić niczego. Nieznane jest przecież straszniejsze niż najgorszy znany koszmar. Skąd ten pośpiech, skąd ta decyzja? Dlaczego to robisz? I chociaż odpowiedzi nie dostanę, to chciałbym takie rzeczy wiedzieć. Znać twą naturę, cierpienie i myśli, wszystko co przeżyło mimo zniszczenia przez rozkład twego ciała. Kosa twa czarna, ostrzem nieskazitelnym obdarzona, jest w stanie powiedzieć więcej niż twe niewymowne kości. Nie przemówisz, lecz zabierzesz każdego, kiedykolwiek. Na nic przedłużanie życia, na nic próby nieśmiertelności… Bez ciebie żyć się nie da. Jesteś naszym sensem życia, naszą przyszłością i naszym przeznaczeniem. Tym wszystkim dla nas jesteś, a ja nazwę cię przyjacielem jeszcze. Mimo, że zabierzesz mi kiedyś bliskich, ja to zrozumiem – od tego tu jesteś.

Nie w smak mi darzyć cię nienawiścią, która niczym dobrym nie zaowocuje. Ty robisz co musisz, krótkim cierpieniem leczysz ludzi z życia. Brzemienia nie tyle lepszego, co może i gorszego od twojego. A ludzie wciąż nie rozumieją i swe przeznaczenie starają się oszukać, ale jak to w tych filmach, przeznaczenie i tak dopadnie. I ty, tak samo, przyjdziesz po każdego. Na nic im wszystkim będzie, możliwość przejścia do maszyny, to już nie będzie to samo. Umysł ich tam, ale ty już zdążysz zebrać plon życia z ciała. A gdy zabraknie już istnień w całym ogromie wszechświata, to co będziesz robić? Brzemię się skończy, niepotrzebny się staniesz. Umrzesz! Tak jak ci których zabrałeś. I co wtedy będzie? Zostaniesz sądzony czy wszyscy cię zrozumieją? Wiedz, że ja na pewno cię zrozumiem. Kiedyś na pewno wyjaśni się wszystko. A jeżeli nie przyjdziesz na starość po mnie? Będę bardzo zawiedziony.

Chcę uścisnąć twą kościstą rękę, spojrzeć w twe puste oczodoły, poczuć być może to co musisz znosić. I nie wiem ile z tego dałbym radę udźwignąć, ale chciałbym ci jednak pomóc. Chciałbym móc podzielić twe cierpienie na nas dwoje. A może i więcej? Bo skąd mam mieć pewność, że wcześniej ktoś się nie ofiarował? Być może tak jest, być może nie – nieważne. I tak dotknąłbym tego brzemienia, nieważne ile już osób to dźwiga. Zrozumieć ciebie i tych, który odchodzą, tak bardzo chciałbym… Tak dużo im współczuć, tak bardzo odczuwać ich ból na sobie. Po żywocie robić coś dalej, coś dla dalszego dobra innych. Pomagam za życia, po śmierci też chciałbym. Ostatnie mym zdaniem powinno być wysłuchanie tych, po których przyjść trzeba. Zrozumieć ich ból, odciążyć, by odejść lekkością. Pokazać, że śmierć nie jest straszna, jak ją tragedie malują. Bo nie jesteś! I ja to tak widzę, i zdania nie zmienię, i w nim się utwierdzę.

Jak długo wytrzymam? Ile będzie trzeba. Nie ma przecież możliwości, bym biorąc brzemię i obowiązki na siebie, poległ tak szybko nie odciążając cię wiele. Musisz mieć lżej, ciężaru wielkiego samemu brać nie wolno. Przeciążysz się, nie dasz rady, chociaż i tak upadniesz dość późno. Już dawno by wielu poległo, a ty wciąż dajesz radę. I dobrze, bo potrzeba nam ciebie. Potrzeba nam końca, istnienia zbierającego plony życia. Nie dalibyśmy rady bez ciebie. Kształtujesz nas jednak, mimo braku słów. Przez strach powodujesz, że czasem się poprawiamy. A ja? Tyle razy się o ciebie otarłem, a nie potrafię nabrać innego już kształtu. Pamiętasz mój upadek? Czekałeś na mnie, wiem, tak bardzo już wyciągnąłeś swą kościstą dłoń. Kosa naostrzona już była na mnie od bardzo długiego czasu. I? Nic, bo wróciłem, chociaż ten powrót już był inny. Zabrałeś część mnie, być może już dawno przeprowadziłeś dalej. A jeżeli nie? Jeżeli oddałeś to komuś innemu? Wtedy licz się z tym, że będę cię nienawidził, mimo swych wcześniejszych słów. Ale krótko, bez obaw.

W sercu wciąż będę cię oczekiwał. Jednocześnie będę się bał jednak, co z tą drugą częścią mnie. Jak to uniknąć? Spotkania połowy całości, gdzie jednak czuję się lepszą połową samego siebie. Nie zrozum mnie źle, jest mi dobrze jak jest teraz. Osiągnąłem pewnego rodzaju stan wyższy i jestem z niego zadowolony. Wciąż gdzieś tam cierpię od czasu do czasu, ale nie wyjściem jest, bym znów cierpiał więcej. Mając tyle dusz pod opieką nie chcę znać słabości własnych. Skoro sumienie nie jest w najgorszym stanie, niech tak pozostanie. Ale czas mnie goni, goni okrutnie. Nie wiem czyś z czasem nie walczysz dobitnie. Czas przyjaciel twój czy wrogiem jest ci? Dla mnie wrogiem jest chyba. Nie wiem, po ilekroć brakło mi tyle by zrobić coś, zdążyć, choćby na chwilę. Odetchnąć! O tak, odetchnąć od zgiełku. Mych myśli! Okrutnych, kłębiących się, zabierających mi wolność i spokój ducha, i cierpliwość anielską. I rad wtem będę, gdy czas odzyskam, rozum pozbieram, wszystko przemyśle spokojnie, bo spokoju mi trzeba. Odpocząć za życia nie mogę, odpocznę za śmierci, gdy przyjdziesz już po mnie, człowieku, który kosą dzierżysz…