Archiwa kategorii: Poszukiwania prawdy

Szachownica losu – gra serca i rozwagi

Gdy mam możliwość korzystać z problemów ze snem, to korzystam z tego aż w nadmiarze. Myślę, naprawdę dużo myślę. Dzieje się wiele rzeczy, których nie rozumiem. Zazwyczaj nie rozumiem ich teraz, bo potem już wszystko staje się dla mnie jasne. Gdy mamy dwa sprzeczne komunikaty z czego jedno jest od serca, a drugie z rozsądku, można by tylko zaznaczyć z góry, że posłucham się serca. Zawsze tak robię, a po bardzo długim czasie dochodzi do słowa rozsądek. Zazwyczaj wtedy jest już naprawdę źle i ratuję skórę zazwyczaj drugiej osoby niżeli swoją. To chyba tylko świadczy o tym, że świat postrzegam sercem i właśnie nim szukam czegoś, czego nie potrafię pojąć. Może znalazłem to czego szukam, lecz wszystko nakazuje czekać, tylko nie oczywiście serce. Ciężki stan, gdy przyćmiewa to już zupełnie myślenie, a jednocześnie do niego skłania.

W tym momencie zresztą staram się pojąć naprawdę wiele rzeczy. Może to choroba mnie łapie jakaś? Nie znam słowa by określić stan w którym tak bardzo skupiam się na wszystkim i na niczym. Przydałoby mi się czasem wyjść w miejsca, które tętnią życiem za dnia, a nocą są uśmiercone snem. Mamy cały świat, a ja szukam tej jedynej oazy spokoju. Mogę wyjść z domu i usiąść na pierwszym lepszym moście oglądając przestrzeń. Zapewne za niedługo tak zrobię, ponieważ pomaga to jednak człowiekowi. Gdy patrzy się jednak na to co ostatnio wyrabiam… Jestem pewien, że wiele osób postrzega to wszystko z dużym zdziwieniem. Zawsze miałem nietradycyjne sposoby przekazywania ludziom pewnych rzeczy. Ostatnio się nie powstrzymuję i wychodzi z tego jeden wielki śmietnik z zachowanymi informacjami.

Nie wiem dlaczego je tam zostawiam, a tym bardziej nie wierzę nawet w to, że ktokolwiek je odnajdzie. Może za kilka dni, tygodni, miesięcy lub lat akurat te informacje zachowane w śmietniku pomogą mi w życiu. Gdy nie mogę utrzymać decyzji, zostawiam sobie okruszki by wrócić do początku. Hmmm… Usłyszałem kiedyś słowa od mojej byłej partnerki, że za bardzo staram się wszystko planować i podchodzę do życia strategicznie, a to przekłada się na monotonię. Nie jestem pewien jej zdania. Owszem do życia podchodzę strategicznie, ale obserwując losowe wydarzenia niczym w szachach wyprowadzam przemyślany następny krok. Planuję wiele, ale plany nijak odnoszą się do rzeczywistości. Mimo wszystko jednak wolę pomyśleć zanim zrobię jakiś ruch.

Często zdarza mi się słabość w postaci właśnie serca, które pierwsze wyrywa się z decyzją. Nie mogę je winić za nic, w końcu to część mnie. Strategia, plany – to wszystko powoli zaczyna być niczym w obliczu niewiadomego. Nie oznacza to rzecz jasna, że się poddam. Zapewne uparcie będę dalej podchodził do życia strategicznie, ponieważ to dla mnie jedna wielka wojna o szczęście. Co jednak, jeżeli moje szczęście jest ucieleśnione i daleko ode mnie? Powiedzmy tak, że musiałbym kilka lat poczekać… To ciężka tematyka do podjęcia, chociaż wszystkim ciśnie się na usta „rozwaga!”. Biorę ją jak najbardziej pod uwagę i postrzegam to, że nie mam gdzie się śpieszyć, bowiem śpieszyć można się jedynie do grobu.

Tutaj chyba będziemy mieli nowość, ponieważ nie tym razem serce podejmie decyzje pierwszą, chociaż niejako na minimalne jego warunki przystać mogę. Jest to dla mnie tym lepsze, że może jakoś zniosę wewnętrzną walkę i stworzę warunki, które pomogą osiągnąć mi wiele. Wiele zaprzepaściłem, lecz były to właśnie te wydarzenia losowe, które sprowadziły mnie na szach i przy następnym ruchu już był mat. Dam zatem teraz losowi ponownie okazję do szachowania mnie tak, jak nakazuje temu rozsądek, a potem wyjdę z tej sytuacji sprowadzając przeciwnika na pozycję szach-mat. Poświęcenie chwili uratuje przyszłość.

Ku własnej sile

Wziąłem krzyż na swoje ramiona, tak jak każdy to zrobił. Wziąłem i mając własny ciężar pomagam też znosić innym ich ciężary. Niekiedy mi było za ciężko, ale radowało mnie zawsze, że inni przeszli dalej. Problemem było, gdy całą swoją siłę straciłem, totalna rozsypka. Długi czas obumierania, byłem wrakiem i nawet nikt nie wiedział, jak mnie zebrać do całości. W sumie po co? Z czasem jednak podniosłem się, lecz wciąż w większej części byłem w rozsypce, a w tym stanie kontynuowałem swoje poprzednie dzieło, czyli pomoc innym. W oczach innych byłem szaleńcem, dla siebie samego nie istniałem. Cel od początku był ten sam, a jestem jednak facetem i jak coś zacznę, to muszę to skończyć.

Nie rezygnuję, nieważne jak źle sytuacja wygląda. Z czasem podniosłem ruinę w całości i stałem się filarem, byle tylko ruina sama się odbudowała. Nie tak samo, lecz po swojemu, ciężar zmian brałem na siebie. Nie czuję żalu z tego powodu, dzieło w końcu się dopełniło, lecz w międzyczasie wciąż trzeba utrzymać ciężar innych, a ja dalej byłem w rozsypce. Grunt w tym, by znaleźć siłę, a najwidoczniej podziwianie dzieła nie pomogło mi tak jak myślałem. No trudno, szedłem dalej z nadzieją, że coś się wydarzy. Wydarzyło się w drugą stronę, zamiast znaleźć siłę, to wszystko runęło w jednym momencie na mnie. Jeden wrzask i… Znalezione. Znalazłem w sobie siłę, która mnie zebrała. Tą siłą jest wola, wola dążenia do celu, celu obranego na niemocy, niemocy która zrodziła siłę.

Ta wola nie była pustymi słowami i dalej nie jest. Wydarzenia prywatne, obowiązki i własne ciało – to wszystko było zwrócone przeciwko mnie. Dzięki woli zmusiłem ciało do współpracy, wypełniłem obowiązki i ustabilizowałem życie prywatne. To wszystko za sprawą tylko jednej rzeczy, aż sam się sobie dziwię. Co dalej? Następny poziom trudności, czyli wydarzenia coraz bardziej skomplikowane i wymagające jeszcze więcej siły. Problem w tym, że dzieje się jak chce, a ja o tym wszystkim wiedziałem, jakoś rok wcześniej. Czasem wypowiem słowo, a ono ciałem się stanie, faktem który nadejdzie zawsze o rok spóźnionym. Klnę na to jak to wszystko się rozegrało, że wcześniej sam siebie nie posłuchałem. Wiedziałem! I to zignorowałem… A teraz siły, siły potrzebuję więcej.

Ciężar narasta, a ja się nie ugnę. Jak trzeba to i wolą znów nagnę granicę, przejdę najgrubszy mur. Nie mogę znów utknąć w ślepym punkcie… To me ultimatum. Chrystus miał trzy upadki, ja zaliczyłem na razie jeden i im dalej będą dwa następne, tym więcej jeszcze zdziałam za życia. Nie w swoim życiu, lecz życiach innych, me mniej ważne. Gdybym miał się na swoje patrzeć, musiałbym utknąć w miejscu wielokrotnie, a ja wciąż idę. Idę i patrzę, widzę wciąż iluzję i każdą zdejmuję, i idę dalej, następne znajduję, następne z oczu ściągam i wciąż idę, i idę… Jeżeli dojdę do mety, do momentu odpoczynku wiecznego, a na tle Sądu Bożego będę miał wybór, to i tak chyba Piekło wybiorę. Wciąż nie jestem zadowolony z mych błędów, a tych wciąż przybywa i błąd za błędem, i wciąż źle, i gorzej, i tyle z tego będzie.

Wybór, ostatecznie do Niego w końcu dojdzie. Czy słuszny, to tylko Niebiosa wiedzą. Wyrok wybiorę, gdzieś w tym wszystkim przepadnę. Mogę tam siedzieć i cierpieć, wciąż więcej, wciąż mocniej, ale chcę mieć jedno w świadomości, że pomogłem ludziom, że doszli jednak dalej, przeszli trudy, mimo wszystko wygrana. Przegram życie, przegram siebie, przegram wszystko, lecz wygram innych, niech to więc będzie mym oczkiem w głowie. Wygrana mimo tylu przegranych. Do tej pory jeszcze tylko zostało mi jedno, by zebrać sił więcej, bo tutaj stanąłem. Nie wiem, skąd wezmę, gdy na źródła jestem ślepy, a własne już nie dają mi kopa porządnego. Ciało znów zacznie się buntować, a wolą znów dominację nad nim zacznę. Nie ma prawa opaść, póki mu na to nie pozwolę. Nie teraz, nie później, a może i nie jeszcze później, zobaczymy. Pierw co zrobię, wezmę następny krzyż i pójdę, przed siebie, a może znowu znajdę po drodze siłę.

Notatnik wewnętrznego szaleńca

Porządki w pokoju to rzecz przydatna. Raz a dobrze wziąć się za siebie i dla siebie pootwierać szafy i szafki, wszelkie półki posprzątać, posegregować stertę starych zeszytów lub kartek i czasopism, a nawet dojdzie i do usunięciu paru znaków przeszłości. Oj tak, symbole których wolałbym już nigdy nie widzieć, tego dnia znikły zupełnie z mojego domu, przeszłość zamknięta na amen. Byłem tak szczęśliwy robiąc to wszystko, jakbym oczyszczał siebie z grubej warstwy kurzu, którym pokryłem się zostawiając pewne symbole w mojej przestrzeni życia, a najbardziej chyba snu. Sen tu tematem sam się nawiązał, bo pamiętam, że pisałem kiedyś dziennik snów, a nawet by to nazwać sennik. Oj, wieki temu lub nie bardzo, 4 lub 5 lat wstecz. Zeszyt, który już dawno temu zakreśliłem jako przeklęty, ale jego iście przeklętą zawartość spaliłem w piecu, snami zatem chciałem go zapełnić. Zapełniałem, to pamiętam, a potem dziura w pamięci. Myślałem, że wciąż są tam sny, lecz się pomyliłem…

Uśmiech znikł z mojej twarzy, bo nie było tam snów. Była tam zupełnie inna zawartość niż pamiętałem. Dziura w pamięci nie została wypełniona, dalej brak. Treść, oj tak, okropnie mnie przeszyła. To było moje pismo, mojego autorstwa teksty. Nie ta przeklętość, nie sny, nie słówka do języka angielskiego, lecz moje myśli. „Co? Gdzie? Kiedy? Myśli? Przecież to nic!” – oj nie. Myśl potrafi być czasem bardziej zabójcza niż sam czyn. Bzdury prawię, nie jedna osoba pomyśli, lecz przyzwyczajeni do materializmu nie znamy swojego metaistnienia. Spisałem daty i godziny rozpoczęcia pisania każdej myśli, która się tam pojawiła. SZALENIEC! Co to było we mnie?! Od już trzech lat jestem nowym człowiekiem, ledwo znającym swoją przeszłość, utworzonym z bólu i cierpienia, z siłą by krzesać ogień z wody! A teraz poznaję przeszłego siebie, jako szaleńca…

Na wstępnie swojego notatnika napisałem, że błogosławię każdego, kto będzie starał się zrozumieć moje myśli. To smutne nie rozumieć samego siebie lub bardziej przeszłej części siebie. Bo teoretycznie powinienem? Chyba… Wątpię powoli w to, czy ja też jestem o zdrowych zmysłach. Notatnik zatytułowałem rozpoczynając od pięknego słowa, bowiem jest nim „filozofia”. Nie uważam by filozofowie byli szaleńcami takimi, jakim ja sam sobie się wydaję z przeszłości. Najgorsze jest to, że nie pamiętam żadnego wpisu… A to przecież moje! Cieszy mnie jedno. Mam pewne patenty, które lata temu obiecałem sobie, że nigdy nie ujrzą światła dziennego. Znałem możliwe scenariusze wydarzeń, gdyby jakiś patent był wykorzystany inaczej niż to rozplanowałem. Pisałem coś o tym, ale tyle co kot napłakał. Och, ulga na moim sumieniu niczym kamień z serca. Ni to praktyki, ni to informacji, po prostu idealnie.

Ale chwila! Poczekaj drogi czytelniku lub droga czytelniczko. Nie zastanawia Ciebie Twoja osoba? Wiem, ja swoje przeszedłem na drodze do samoistnienia, ale… Taki wewnętrzny szaleniec, on pewnie mieszka w każdym. Z każdą głębszą myślą muszę wysączyć trochę mgiełki, by zaraz potem uwolnić ją w przestrzeń, gdzie zanika. Nabieramy formy by zanikać, a co z naszymi szaleństwami umysłu? Kiedy one istnieją, a kiedy znikają? Zastanówmy się chwilę, razem. Mamy odstępstwa, to taka norma, bo w końcu normalność jest wyrażeniem bardzo względnym. Mamy też czasem bzika, raz na jakiś czas nam odwali, zrozumiałe, przecież raz się żyje. Każdy w życiu przeżywa jakiś kryzys, tak naszą historię pisze życie, to prawda. A totalne zaciemnienie umysłu? I nie chcę tu nikogo obrażać! Mam na myśli zaciemnienie naszych intencji i stan upadłości jaki potrafimy czasem osiągnąć. Tak, to moment naszego małego, wewnętrznego szaleńca.

Brawo, jest postęp w dochodzeniu! Ale mnie to nie satysfakcjonuje. Chciałbym wiedzieć do czego to dąży. Rodzimy się i umieramy, nie tylko cieleśnie, ale także umysłowo. Z osoby słabej rodzi się osoba mocna lub odwrotnie. Cały ten cykl jest czasem bardziej chaotyczny niż zakładam. Coś nam w tym wszystkim ulatuje i nie potrafimy tego pojąć, tak samo jak ja nie potrafię złapać tej mgły, którą sam uwalniam. Nie zwracamy na to wszystko uwagi, bo nie ma sensu silić się nad rzeczami nieuchwytnymi. Nie wiem czy to błąd, są przecież pytania, na które lepiej odpowiedzi nie znać.

Mam jednak pytania, na które mimo wszystko chcę znać odpowiedź i pewnie przyjdzie mi jeszcze za nią zapłacić. Obawiam się jednak, że nie opłaci mi się nawet próbować zadawać te pytania. Czy będę żałował? Jeżeli wyjdę stratny, to na pewno będę żałował, bo radość ze strat nie jest wcale rozważna. Nie jest też rozważne podejmować ciągłe ryzyko, a jednak to robię. Czy żyję spokojnie? Nie, mimo że nie popadam ze skrajności w skrajność, to jestem świadomy swojego życia na krawędzi. Krawędzi życia i śmieci, krawędzi spokoju i walki, krawędzi istnienia i niebytu, krawędzi mojego umysłu i wewnętrznego szaleństwa…

Kim byłem? Kim jestem?

Czas niesie za sobą zmiany. Dodatkowym czynnikiem zmieniającym mnie były dwa wydarzenia: upadek oraz wszczepienie nowego życia. Dosłownie i w przenośni. Po psychotropach byłem wyczyszczony niemal do zera. Nie ukrywam, że każda dziewczyna, która była w moim otoczeniu, mogła zwyczajnie zaszczepić siebie w moje dotychczasowe życie tworząc nowe. W kwestii wyobrażeń to jak wsadzenie siebie w czyjeś serce i zamknięcie tego serca. Narodzenie miłości, wierności i nowego ja, tak wymodelowanego, jak taka osoba sobie życzy. O tak, byłem bardzo oddany temu procesowi by stać się takim, jak moja wybranka sobie życzyła. Problem w tym, że wystarczył błąd i mogłem wpaść w niepowołane ręce, niczym jakiś przedmiot. Po ukształtowaniu pewnych cech reszta poszła automatycznie. Zacząłem sam siebie kształtować, a Paulina stała mi się nadzorczynią. Nie narzekam na to jaki jestem, choć wciąż staram się wyeliminować wady z pozostałości starego mnie.

Mija już prawie drugi rok, a ja już dawno zapomniałem jaki byłem kiedyś. Kim ja właściwie byłem? Gdzieś tam są puste nazwy, które teoretycznie powinny mnie zdefiniować. Nie robią tego… Poświęciłem na rozmyślanie nad tym ostatnio bardzo dużo czasu. Zgubiłem swoją przeszłość, zapomniałem jaki byłem, niemal nic już z tamtego okresu nie pamiętam. Rok temu miałem sen, zaniepokoił on mnie trochę. Wychodziło na to, że ktoś usilnie chciał zaszczepić siebie koło Pauliny. Znam tą osobę, darzę ją nienawiścią. Uczucia są skrajne, to jest akurat fakt. Od tamtego momentu miewam częste przebłyski z przeszłości, ale wciąż zapominam te fragmenty. Nigdzie nie było nic, co wskazywałoby na to jaki byłem. Podświadomość osiąga stan skrajności albo mi się zdaje.

Co to za skrajność? Że jest mi wrogiem i przyjacielem. Wrogiem, ponieważ przypomina mi okresy, których nawet nie chcę pamiętać. Przyjaciel? Bo jednak ułatwia mi ten proces zapominania. I znów wrogiem, bo nie zapamiętuję także tych lepszych czasów… Nie wiem czy to daleki skutek zażywania psychotropów. Mój lekarz psychiatra był świadom raczej tego co robi. Niemal w pełni jestem pewien, że leki na pewno miały mnie wyzerować. Choroba psychiczna zwana depresją postępowała od bardzo dawna, była coraz silniejsza, a skoro nie zgodziłem się na hospitalizację, trzeba było temu skutecznie zaradzić. Otępienie, apatia, zapominanie – trzy stany, które towarzyszyły mi po zwiększeniu dawki zgodnie z zaleceniem. Bywało gorzej, ale musiałem przez to przejść. Miałem lekki nadzór przy braniu leków, więc jak wybrałem, tak musiałem się z tym męczyć. Ciało walczyło z tym, traktowało te leki jak toksynę.

Opór jednak nie był przecież wystarczająco twardy by utrzymać wszystko w najlepszym stanie. Z tego wszystkiego pamiętam tylko okres przejściowy. Dalej brak śladów, które przypomniałyby mi mnie… A teraz? Kim jestem teraz? Nawet teraz nie odpowiem sobie na to pytanie. Ciężkie na to odpowiedzieć. Każdy patrzy na mnie inaczej, a sam na siebie nie potrafię. Wydaje mi się, że w przeszłości byłem cieniem aktualnego siebie. Nawet dobrze, że nastał ten okres przejścia. Wiem, że na pewno jestem lepszą wersją niż w przeszłości. Cechy się pozmieniały jak należy. Nie wiem kim będę za jakiś czas… Miejmy nadzieję jednak, że jeżeli będą zmiany, to będą to tylko zmiany na lepsze. Będę kim będę. I tyle.

Wewnętrzna zguba

Po tak długim czasie przemyśleń niemal już nic mi nie pozostało, prócz całkiem mocnego uczucia zagubienia. Cały nakład myśli i wydarzeń kłębi mi się w umyśle zakrywając coś, co zapewne zgubiłem. Cóż to jest? Nie wiem… Rzeczywistość jest niekiedy zbyt bardzo gubiąca, nie wiemy najczęściej co zgubiliśmy, bo pamięć też w końcu zgubić musimy. Czegoś mi brakuje jednak. Myśli stają się bardziej chaotyczne, ale tym razem nie widzę ładu w tym chaosie. Czasem zdarzy się, że szukam źródła… Gdzie popełniłem błąd? Ach, źle! Co za błąd popełniłem?! Nie wiem. Cholera… Będąc szczerym, to brakuje mi zguby o której nawet nie wiem… Niefizyczny brak czegoś co jest niefizyczne. Gdzie ten człowiek, który był cieniem samego siebie? Zgubiłem swój cień, a wraz z nim wiele różnych cech.

Odniosłem sukces sam ze sobą, ale koszty strat mnie chyba przerastają. Te nieziemskie uczucie braku jest przytłaczające. Wiek może być tym, przez co mam lukę sam w sobie? Codzienność staje się tak zwykła, że niezwykłym jest to, by czymś się zachwycić. Minął okres odpoczynku, zaczął się okres prac i rozstań z zupełnie inną codziennością. Tego mi żal, na pewno. Tęsknota znów wypełnia mi czas w którym nie śpię. Sen także stał się jakiś inny, a ja z głową w chmurach schodzę na twardy grunt. Ale… To nie ten brak, bo to uczucie jest zapełniane za każdą sekundą spędzoną razem z moją ukochaną. W czym więc problem? Tyle się przecież działo… Ale właściwie to co się działo? Wszystko co się dzieje, dzieje się codziennie. To ta najzwyklejsza codzienność, więc właściwie co się działo, żebym nie pamiętał utracenia czegoś, czego nawet nie pamiętam?

O dziwo trudniejsze czasy wydają mi się być dla mnie lepsze. Na świat przyszedłem przynajmniej o 500 lat za późno. Czasem rzucam słowami tylko „Przepraszam za spóźnienie”. Uciszam tym ciszę, ale tylko na dwie sekundy. Potem wraca cisza, która jakby szeptała do mnie „Zgubiłeś coś… Zgubiłeś coś…”. Ale CO?! Ech… To jakiś pech lub usilnie próbujące mnie zdołować uczucie. Czuję się szczerze kłamcą. Okłamuję przede wszystkim siebie. Proszę człowieku, zejdź na ziemię i idź robić swoje… Ale… Ja nie chcę… Codzienność staje się nudna, o ile przedtem taka nie była. Od zawsze przecież odcinając się od siebie samego błądziłem myślami po tym świecie, czyniąc szarość moją kurtyną koloru. Widzę lepiej dzięki temu, ale nie… Nie widzę tego, czego brakuje. Najwyraźniej liczyłem kiedykolwiek od siebie trochę więcej, niż sam sobie podarowałem.

Od momentu, kiedy umarłem, aż do przebudzenia, o czymś zapomniałem. Zniszczenia zostały zasklepione, ale niezupełnie. Przecież po upadku w okresie powstawania niemal trzy razy podjąłem decyzję o mojej przyszłości, a ostatnia była tą poprawną. Analizowałem przyszłość kontynuując te dwie złe decyzje. Nie byłbym taki jaki jestem czy być może będę. Bez upadku w ogóle nie wiem czy bym istniał. Zatem wszystko sprowadza się tutaj, do tego że jestem. Zaszkodziłem sobie, bo chciałem. To bycie przez dziewięć miesięcy… To było chyba zaplanowane. A jeżeli nie? Jeżeli wtedy o tym jednak nie wiedziałem? Skąd te wszystkie decyzje się wzięły… Znam siebie, chociaż straciłem część wspomnień. Musiałem podjąć się analizy wydarzeń, musiałem znać szansę i mieć nadzieję na dalszy bieg wydarzeń. Musiałem!

Chociaż sam w to wątpię… I to dalej nie ten brak… To wiek? Coś z wiekiem? Nie? Znów nie to…? Czy to może jest to, że chrześcijaństwo stało mi się obce? A stało się i mnie to też w sumie czasem dołuje. Tyle czasu wierzyłem tak, jak inni i wysłuchiwałem tego, co się do mnie mówiło w kościele… A teraz? Nie słucham i nawet się nie staram, ponieważ działania jakie podejmuje wspólnota kościelna na całym świecie niszczy moje oczy i mój słuch. „Nie patrz, nie słuchaj.” mówi mi coś w środku. Przestałem wierzyć radośnie, zacząłem wierzyć smutnie. Dziwne określenia, ale moim zdaniem określają to jak się czuję podczas wyznawania swojej wiary. Nie oznacza to, że nie wierzę. Wierzę, ale robię to inaczej. Tak jak JA. Mogę być potępiony przez tych, którzy wierzą na przekór wszystkiego wciąż „radośnie wygłaszając swoje modlitwy”. Mnie już to przestało bawić. Schodząc z tematu mam tylko kilka słów do wierzących wszystkich religii: Zastanów się nad sobą. Tak jak ja to zrobiłem… Czynimy zło, ale nie powiemy ani że jesteśmy dobrzy, ani że jesteśmy źli. Pod koniec można nas sądzić prawidłowo. Nikt w trakcie rozprawy sądowej nie powie z góry „skazany” lub nie. Musi dojść koniec rozprawy…

Sumienie… Brakowało mi sumienia… Brak, ten brak którego teraz szukałem. Już wiem, czuję, jest tu. Znów boli i błaga o pomstę samego siebie, niemal stara się zdołować, ale powoduje przynajmniej, że zastanawiam się nad tym co zrobiłem. Odtąd łzy znów będą szczere. Dobrze… A jednak… Jednak to było sumienie… Niech postępuje. Niech wróci pewna forma mojego bycia i krzyczy znów wypełniając wewnętrzną ciszę. Jeszcze trochę czasu i ćwiczenia pewnej formy aktywności, a będę mógł oczyścić się z ciężkiego jarzma. To co jest dla mnie istotne: ja jeszcze nie powstałem, dopiero powstaję by być lepszym Netruitusem.

Życie będące próbą

To już dziesiąty miesiąc szczęśliwego związku. Nigdy nie cieszyło mnie to, ile jestem i ile mogę być z jakąś kobietą. Los jednak się uśmiechnął stawiając jeden warunek. Co jakiś czas przeciwności będą mnie sprawdzać. Będę poddawany próbie życia, ciężkiej próbie. Nigdy się czegoś takiego nie spodziewałem. Najgorsze egzaminy to nie te ze szkoły, lecz z życia. Zwłaszcza związki poddawane są wszelkim bólom. Czemu? Życie sprawdza jak mocny jest dany związek. Jeżeli popadnie na którejś kłótni czy problemie to znak, że nie była to jeszcze miłość. A jak jest w moim przypadku? Utrzymuję się przy swoim, że tym razem trafiłem na prawdziwą miłość. Im dalej tym więcej problemów i kłótni, większy ciężar do zniesienia. Cóż… Ja wiem, że to przeminie, a związek dalej będzie się trzymał. Wierzę w to.

Kłótnie ponoć sprawiają też wiele dobrego, mimo iż widzimy tylko te słabe strony. Ponoć… Nie wiem, ale z każdą kłótnią jednak czuję większy przypływ uczucia i coraz bardziej żałuję jak wyszło. Nie byłoby w tym nic w sumie dziwniejszego, gdyby nie to, że kontakt jest dosyć ograniczony. Kwadratowy monitor jest wyznaczeniem moich oczu, mikrofon mojej mowy, a słuchawki mojego słuchu. Wielu nazywa to czymś niegodnym nazwania „miłości”, a ja bym to uznał, gdybym nie miał możliwości przejścia na fizyczność. Inwestuję wszystkie pieniądze, które zyskuję raz na trzy tygodnie, by przez cztery godziny poczuć wszystkie aspekty fizyczności. Dla mnie to za mało, a jednak dość by utrzymać swoje przekonania i wrócić z zarówno zadowoleniem, jak i smutkiem z tęsknoty.

Taki powrót też jest próbą. Tęsknota, mimo że wielka, musi zostać złagodzona przez ograniczenie znów tylko trzech umiejętności: mowy, słuchu i wzroku. Są ludzie w gorszej sytuacji, gdzie na przykład mąż zostawia na rok swoją rodzinę z powodu służby wojskowej. Może wróci, a jeżeli to długo to nie potrwa. I tak samo jest ze mną, tylko że mi za cel jest wrócić, chociaż na te kilka chwil. To wszystko jest dla mnie motywacją do czynienia większych rzeczy niż potrafię. Gdybym miał opowiedzieć o swoich ograniczeniach sprzed zakochania, to najpewniej by taki postęp w krótkim czasie nie był możliwy. Nie wierzę czasem sam w siebie. Gdy się jednak zastanawiam nad tym, to w duchu dziękuję Bogu, że zesłał mi tak cudowną kobietę na moją drogę życia.

Jeszcze tego samego dnia, którego postanowiłem zrobić skok w nieznane, poznałem drogę miłości, którą chcę dążyć. Nieważne ile bólu zastanę, ile jeszcze prób zostanie i problemów – ja się nie poddam. Bo wierzę w to, że razem damy radę. Przyjaźni też nie zostawię. To też wiele prób, zwłaszcza przy rozwiązywaniu problemów. Nie mogę przystanąć na chwilę. Dzierżę krzyżem na swych ramionach wszystkich problemów swoich, wspólnych z moją Pauliną oraz problemów przyjaciół. Czy jest mi z tym źle? Absolutnie. Czuję się dobrze mimo takiego ciężaru, ale nie nazwałbym tego ciężarem zbędnym. Dodaje mi on więcej skrzydeł, zwłaszcza jeżeli chodzi o moją miłość. Ta próba udźwigu powoduje co jakiś czas upadek. Ale czyż Jezus Chrystus także nie upadł i to po trzykroć? Nie nakazał On nikomu być silniejszym lub równym Jemu, ale pokazał, że nieważna jest ilość upadków, a to ile kroków zrobimy ku naszemu lepszemu życiu.

Moim lepszym życiem będzie pojednanie z mą partnerką oraz przebicie pewnych barier z przyjaciółmi. Nieraz już to komuś mówiłem: „oprzyj się o mnie”, a zakończyć te słowa powinienem: „spróbuję przejść tak daleko, jak będę potrafił”. Za każdym razem, za każdym upadkiem staję się silniejszy. Niegdyś rozwalany przez jedną chwilę w depresji, dzisiaj potrzebna jest setka takich chwil. Ja się nie znieczuliłem. Doszło do mnie więcej sił, a wszystko po to by chronić najbliższe osoby. Przede wszystkim jednak z tego wszystkiego dążę do jednego: odciążyć wybrankę mojego serca ze wszelkich problemów. Nawet jeżeli ze swoimi problemami nie będę dawał rady, to wolę poświęcić swoje siły na to, by rozwiązać jej problemy. Mam nadzieję też, że nie będzie to powód do prób ulżenia mi, lecz mobilizacja do otwartości.

Żaden problem wywołujący ból wypowiedziany otwarcie nie jest tak bolesny, jak ten sam problem przemilczany lub otwarty z opóźnieniem. Najwięcej sił mam właśnie w tej kwestii. I mimo że robię tyle błędów, namnażania tych problemów co już są i przysparzam wiele smutku, to mam jednak nadzieję, że wszystko zostanie mi wybaczone. Starania czasem nie idą w parze z sukcesem, ale poddanie się jest gorsze niż klęski podczas prób. Przede wszystkim robię to z miłości, a tego nikt mi nie zabierze ani nic nie zniszczy.