Archiwa kategorii: Siła uczuć

Cud w sercu

Jest dosyć późna godzina, prawdopodobnie już dawno bym spał. Tak, tak być powinno, gdyby nie pewien fakt. Zdenerwowanie pobudza, o wiele. Niektórzy ludzie źle znoszą rozstania, lecz tym razem nie ja jestem tą cierpiącą stroną. Niestety sprawa z brakiem Diany w moim sercu ciągnęła się jeszcze jakiś czas, a ja zastanawiałem się tylko kiedy w końcu zdenerwowanie sytuacją weźmie górę. Mogłem posłuchać znajomych, zerwać kontakt, nie zrobiłem tego. Nie zrobiłem tego aż do dzisiaj. Być może to było okrutne, lecz po usunięciu gniewu, wyciszeniu się i wymęczeniu do reszty przyszedł czas na sen. Na sen lub… Ponowne wejrzenie w siebie.

Tak, znowu to zrobiłem. Wejrzałem tam, gdzie mogłem spodziewać się pustki, lecz jej nie zastałem. Czuję jak tętnię życiem, które zaczyna splatać się z wybranką, Magdaleną. Tak, wiele osób złapie się za głowę i pomyśli „Następna i znów te same bajki.”. Sytuacja tylko raz w moim życiu zatoczyła koło, zatem i ta sytuacja jest odmienna. Jest o tyle odmienna, że nie potrafię jej spokojnie obrać w słowa. Już wcześniej w przygotowaniu był wpis, który miał wszystko zebrać, co ostatnio się wydarzyło. Brakowało mi czegoś… Ale zacznijmy od początku.

Ostatnimi czasy znów zaczęła następować pustka, obecna jak za czasów mojego pierwszego upadku. Stopniowo będąc na „lekarstwach”, które rzekomo miały mi przynieść ulgę, moje emocje przestawały istnieć. Emocje, uczucia, wspomnienia, aż do osobowości. Od może 1,5 miesiąca zaczyna się dziać to samo, lecz progres sięgania pustki jest o wiele wolniejszy. Do tej pory lekko starałem się to wyrównywać empatią, lecz wciąż pokryć tego nią nie próbowałem. Po części boję się jak zareaguję chłonąć więcej cudzych emocji niż dotychczas. Empatię zatem traktowałem jako opcję ostateczną, dając sobie do zrozumienia, że muszę zwyczajnie wytrzymać, a może to minie…

Być może i by minęło. Nie zakładam niczego aż nadto w sumie. Tak jak pustka sięgnęła moje serce już dawno, to teraz moje serce… Drgnęło. Głowę zapełniają teraz marzenia, a ja staję się jakby nieobecny w świecie rzeczywistym. Znów zaczęły się zmiany, znów coś pokazało mi drogę, a ja krok po kroku odważnie idę na przód. Gdzieś tam, gdzie łowca zaatakował taką ofiarę jak ja, ja zrobiłem następny krok w kierunku łowcy z jedynym strachem w sercu, że mógłbym być złym trofeum. Łowca… Tak… Łowczyni bardziej. A i wszystko się wydało…

Popadłem znów w wyższy stan emocjonalny, lecz tym dziwniejsze, że empatia ani razu mi się w to nie wmieszała. Czuję się jakbym poznał zupełnie coś nowego. Coś… Własnego! Tak, to moje uczucie! I jest takie ciepłe… Jest tak, jakbym nie miał się przejmować niczym. To coś jest o tyle nienamacalne, że brakuje mi wszelkich słów, które mogłyby to określić. Nadzieje wypełniają me wnętrze, a całość podkreślam wiarą w powodzenie, które dawno wymarzyłem sobie w życiu. Zamiennie bym nazwał to stabilizacją i mogę się mylić, ale właśnie stoi ona przede mną. Właśnie na tej drodze z której łowczyni chociaż raz się nie cofnie, bo nie ma powodu, gdy widzi coś wartościowego przed sobą. O ile ja bardziej cenię łowczynię, niż łowczyni swą ofiarę… Ach!

W tym wszystkim przeszkadzają tylko drobne rzeczy, które mam nadzieję, że swobodnie zniesie czas. Mając różne harmonogramy czekam tylko na wiadomość, chociażby jakieś powitanie. Sam sprawdzam przecież co chwilę, czy może mogę już się odezwać. W deszczu mając dłonie schowane w kurtce tylko ściskam mocno komórkę by wyczuć chociażby najmniejszą wibrację sygnalizującą wiadomość. Deszcz i smartfon to złe połączenie, pisać się w tym połączeniu nie da. Ale chwila! Wiadomość! I serce mocniej zabiło raz pierwszy. Sprawdzam tylko, tak, to ona. Trzeba pędzić szybciej do mieszkania. A po chwili druga wiadomość i drugi raz serce mocniej zabiło. Ta radość, to tchnienie, ta motywacja by się pośpieszyć, zwłaszcza że i trzecia wiadomość się pojawiła!

Ach! Jakżebym chciał mieć tyle odwagi przy niej co w sercu gdzieś zgubiłem! Obecność w pobliżu, a ja zwyczajnie się wstydzę, chociaż sam nie wiem czemu. Dziwne to o wiele, nigdy przecież tak wielkiego wstydu nie okazywałem… I ten moment, gdy jednak jest kontakt i odwagę trzeba zebrać, schować wstyd ten cały… Ale warto być blisko, oj tak. Poczułem i zapach. Delikatny i słodkawy, lekki, kwiecisty wręcz, nie dający o sobie zapomnieć. Ile zapachów poznałem, ten mi się zaszył w umysł i krąży gdzieś po nim, harmider przy tym robiąc okropny. Nie jest mi z tym źle przecież, to miłe uczucie…

Miłe jak widok, gdy nieobecnym wzrokiem uśmiecha się wpatrzona w świat marzeń, taki zupełnie jej. To widok, który potrafi mi dawać siły by wstać rano i wyczekiwać, aż i łowczyni ma wstanie. Ten i inne obrazy zaszyte gdzieś w moim wnętrzu powodują, że nawet proste czynności potrafię zrobić na opak. Już pod prysznicem będąc starałem się umyć ciało szamponem, po chwili dopiero zauważając ten okrutny błąd. To taki rodzaj letargu w który zapadłem od momentu, gdy jakimś cudem chwyciło mnie tak mocne i własne uczucie. Wybudźcie mnie zatem, gdy marzenia przełożą się na rzeczywistość lub sam pogrążony w świecie marzeń postaram się przenieść go do rzeczywistości. Jestem zatem nieobecny w przestrzeni, w której się poruszam, dopóki nie będzie kontaktu, do póki nie będzie w pobliżu.

Łowczyni polowała na moją duszę, lecz duszy oddać nie chciałem. Ugodowa jest, powiedziała, a ja już tylko kombinowałem, co warte by było mojej duszy. Duszy innej osoby nie oddam, już sam bym wolał być, jak to nazwała, kolekcją. Jedyną, jak zrozumiałem, ale czemu by coś innego nie dać. Skoro różne ugody nie działały, czemu by nie spróbować oddać całego siebie, a duszę wolną zostawić? I ten moment, gdy ugoda doszła do skutku, a ja po krótkim zareklamowaniu samego siebie uradowałem się widząc „biorę w ciemno”. Niby oddany, niby wzięty, a serce już dawno było zrabowane… I dobrze, toć przecież tam teraz chce się znajdować – przy niej.

Dni mijają, wciąż nam coś rozkwita. Jej uśmiech, jej zapach, jej głos, wszystko mi po głowie chodzi. Nabrałem zapas na wyjazd do domu, a i tak szybko wrócę. Tęsknota zaczęła się pojawiać. Odprowadzając ją do domu cieszyłem się z możliwości, jaką mi dała. Pewnie i bym nawet na herbatę wszedł, skoro zostałem zaproszony, ale już dość przemoknięty byłem od deszczu. Trzeba było wracać, nie tyle do mieszkania, co do domu. Wygoniła mnie tam z troski, a tą troskę wciąż czuję i rozpala we mnie ona tylko więcej tęsknoty, więcej pragnienia jej obecności. Oszalałem już jakiś czas. Uparty głupiec, bo wiem, że nie odpuszczę sobie tego wszystkiego co czuję. Długi już czas nie potrafię zrobić kroku w tył, a i tym razem wyjątku nie zrobię. Łowczyni, podejdę w końcu o ten ostatni krok bliżej, obiecuję.

Tak. Do tego momentu cytowałem nieopublikowany wcześniej wpis. Dobrze się splata. Jak sobie obiecałem, i po cichu także Madzi, tak zrobiłem z resztą. Dokonałem ostatniego kroku, pokonałem pewną barierę strachu i już dziś mogę cieszyć się jakże szlachetnym tytułem nazywania się jej partnerem życiowym. Niechże żadna gwiazda na niebie nie uwierzy w nas, my zaś na przekór wierzeniom zrobimy swoją własną rewolucję życia. Nie musimy już stać sobie na drodze, by siebie motywować, gdyż będziemy kroczyć tymi samymi ścieżkami będąc u swego boku. Tym bardziej, że nie czuję by moje serce było tym razem puste. Patrząc w nie widzę, że jest wypchane. Wypchane szczęściem, a na imię mu Magdalena.

Empatyczna przypadłość

Czuję się jak specyficzny człowiek, chociaż nie jestem przecież jedyny taki na świecie. Jak to jest, że mamy na świecie przypadłość zwaną empatią? Ona istnieje, chociaż nie każdy wierzy w to, że niejako jedna osoba potrafi czuć emocje drugiej. Przykładem tej umiejętności jestem ja. Ciężko nazwać to darem lub przekleństwem. Pomaga mi zrozumieć ludzi, to jest pewne. Słucham, czuję, pomagam – nawet nie chcę nic w zamian. Zdarza się, że i cierpię na tej transakcji, więc trudno. Wciąż uparcie idę tą samą drogą. Jest jednak głębszy problem mojej empatii, ponieważ czuję emocje innych osób niezależnie od mojej woli i starań. Jest to także o tyle problematyczne, że umiejętność nie skupia się tylko na jednej osobie. Czuję po kilka osób na raz. Niech każda będzie czuła akurat co innego i człowiek potrafi zwariować. Mam przez to straszne problemy emocjonalne i nie mam tu na myśli smutku.

Czasem to nawet zdenerwowanie pojawi się nagle i nie ma żadnego sensu skąd to się pojawiło. Często na tym cierpię, chociaż przyzwyczajam się od dziecka. Młodsze lata jednak nie wspominam zbyt dobrze pod tym względem, że negatywny uczucia jakimi byłem darzony strasznie były potęgowane. Nauczyłem się nienawidzić wtedy, chociaż nie powinienem znać jeszcze tego uczucia. Przecież za małego najwyżej się kogoś nie lubi, prawda? Strasznie jest znać tak dobrze takie rzeczy… Odchodziłem czasem od zmysłów, chociaż nigdy nie prosiłem o pomoc, bo… Jak prosić o pomoc w emocjach? Tego nikt mi nie poukłada w głowie, że to są moje emocje, a to są czyjeś. Sam staram się je rozpoznawać, lecz to wszystko tak bardzo zlewa mi się w praniu, że choćbym miał mapę to w jednokolorowym świecie i tak się nie odnajdę.

Ogółem najlepiej odsuwam od siebie zauroczenia, ponieważ głupio jest, jak ktoś w nie wpadnie, a u mnie ono się włącza. Czyjś instynkt nie może dyktować mi warunków, toteż chyba najlepsze czego się nauczyłem. Najlepszą zaletą i wadą jednocześnie jest moja empatia, gdy płeć przeciwna coś do mnie czuje. Wtedy mogę spokojnie się dostroić do tej samej częstotliwości co sprzyja budowaniu związku. Najlepszym tego przykładem był mój związek z Pauliną, który swoją drogą był całkiem zgrany. Przetrwał w ekstremalnie trudnych warunkach aż 27 miesięcy. Trzykrotnie dostrajałem się, chociaż przyznam, że robiłem to nieco na siłę. Wszystko skończyło się w momencie, gdy dostroiłem się, lecz nie do Pauliny. Może to była desperacja, może tak miało być… Może niechybnie trafiło się tak, bo miałem styczność z kimś, kto miał naprawdę silne zauroczenie…

Trudno mi siebie usprawiedliwiać, gdy popadam w skrajność tego jak bardzo nie ogarniam swojego stanu emocjonalnego. Pomógł mi jeden reset życia, drugiego nie chcę. Obawiam się, że tym razem funkcjonowałbym gorzej, chociaż trudno rzec. Brakuje mi tylko strasznie porąbanego przykładu do czego mógłbym mój stan przyrównać. Obawiam się, że jest unikatowy i żadna karta papieru czy kurze jajo nie zobrazuje sytuacji, jaką swoimi oczami być może wyolbrzymiam. Jednak przeszedłem od apatii do empatii i funkcjonuję, więc sam sobie brawo biję za upór w dążeniu do celu wciąż tą samą, trudną drogą. Będę nią kroczył, chociaż w końcu muszę ćwiczyć nad tą umiejętnością. Może mogę ją opanować, może będę nawet czuł więcej. Coś jak niektórzy słyszą głosy, chociaż w moim przypadku to już nie głosy, tylko emocje, uczucia. Czasem wspaniałe, czasem okropne. Nie potrafię nadać im barwy, czasem trudno mi nawet je nazwać, szczególnie jednak nie powiem czyje one są. Jak się skupię to wczuję się akurat w tą osobę w którą chcę, czasem jednak idzie to mimo woli.

Podziwiam w tym wszystkim to, że dystans zdaje się być nieograniczony. Testowałem się na kilka metrów, potem kilka kilometrów, potem była jedna setka, druga setka i tak chyba maksymalnie 600 km potwierdziłem. Nikomu nie udowodnię tego, że tak mam, chociaż może i znajdę zasyp takich próśb. Po pierwsze musi być relacja między mną a celem; po drugie musi być to prawdziwa relacja; po trzecie potrzebuję czasu aż to wszystko poczuję. Nie bronię się przed prośbami udowodnienia, tylko ostrzegam. Nie wszystko dane jest przecież człowiekowi pojąć metodą naukową, czyli wymusić i wypisać wnioski. Niektóre sprawy są tak sporadyczne, że zostają w teorii, którą można nazwać nawet wiarą, bo i takie porównanie słyszałem. Nie mam na myśli wierzenie w Jezusa lub Potwora Spaghetti. Chodzi tutaj o fakt, którego nie zbadasz, bo jest poza zakresem możliwości. Przychodzi mi jednak na myśl pewien eksperyment, gdzie dwie osoby widziały mignięcie światła, mimo że tylko jedna (w innym pokoju) miała z tym doświadczeniem bezpośredni kontakt. Świadczy to może i o tym, że nie zwariowałem i naprawdę mam co mam. Chociaż tyle.

Potok tęsknoty

Nie odzywałem się długi czas, a dużo się działo. W skrócie doszło do zakończenia mojego związku z Pauliną, czego nie przeżyłem właściwie w żaden sposób. To jest chyba powód milczenia. Dziś jednak jest trochę inaczej, bowiem od kilku dni coś się we mnie zbiera. Potrzebowałem długo się zastanowić by wszystko zrozumieć. Chyba dorwał mnie smutek, spowodowany brakiem bliskiej osoby, czyli wygląda na to, że bardzo tęsknię. Lecz nie za Pauliną, ponieważ stało się tak, że jestem w nowym związku, który jest dla mnie przeżyciem o tyle niesamowitym, że nie potrafię znaleźć słów, by go wyrazić. To jest powód mojego milczenia. Zatem aktualnie tęsknię za mą Kasią. Ech…

Wczoraj ledwie to wszystko rozumiałem, gdy podczas deszczu udałem się nad jezioro by stać na jego brzegu i patrzeć się na spadające krople, które z resztą obficie mnie atakowały. Stałem, patrzyłem i nic. Dzisiaj dzień był trochę normalniejszy, bez większych przygód. A końcówka dnia? Tutaj jest lekka zmiana, która jednak dała mi wgląd do własnego serca. Wzbiera w nim tęsknota, o wiele silniejsza niźli znałem jej granice dotychczas. Wybiłem się z rytmu dnia, ponieważ codziennie minimum trzy razy dziennie słyszałem w słuchawce telefonu ten aksamitny głos, który dawał mi siły na cały dzień, a uśmiech sam z siebie nie chciał zniknąć na wiele godzin. Tutaj jest właśnie ta zmiana w końcówce dnia, ponieważ nie mam jak usłuchać tego głosu, zatem nie rozwieję tymczasowo tęsknoty do mej Kasi.

Zastanawiam się, czy w sumie wszystko ze mną dobrze. Taka tęsknota, a brak mi słów by opisać uczucie czy związek… Zakochałem się najwidoczniej w muzie milczenia, bowiem nic co chciałbym powiedzieć, nie nadaje się na wpis, a wszystko co jakkolwiek się nadaje do powiedzenia, mówię tylko mej Kasi. Czasu nie minęło wprawdzie wiele, a dla mnie każdy sekunda życia wydaje się zupełnie inna. Tęsknota wciąż wzbiera i nie zażegnam jej szybko, są przecież priorytety, które wymagają przecierpieć. ACH! Szaleństwo! Moje myśli szaleją w odmęcie jakiegoś niewytłumaczalnego chaosu, który utknął w równie nieharmonijnym położeniu, co ja w tym wszystkim, czyli… Sam już nie wiem… Kładę tylko moją ociężałą głowę na rękach zasłaniając sobie całą twarz i myślę, chociaż sam nie wiem o czym. Patrzę może czasem tylko w oczekiwaniu na mój zbawienny znak, znaczący teraz dla mnie znacznie więcej, niźli się myślało. Powiadomienie… A wciąż mi tego brak, a brak rozpiera mi serce od środka pod postacią tęsknoty…

Wieki jeszcze poczekam i będę się radował krótką chwilę. Tyle chociaż życie mi jeszcze podaruje, chociaż dało mi znacznie więcej niż śmiałem prosić. Wojna we mnie milknie, a sił przybywa, wszechświat do góry nogami się kręci… Ten trud sortowania własnych myśli za to dobija, a zysk z tego tylko jeden, w postaci rosnącego zmęczenia. Rad jestem z tego wszystkie właśnie, że zmęczenie mnie tak bardzo dosięga. Szybszy sen oznacza szybsze oddalenie się w krainę sennych marzeń, a tam mogę ukoić swe serce od nadmiernych pragnień spędzenia kilku chwil z mą ukochaną… Chwil, bowiem każdy dzień razem trwa dla mnie tylko chwilę, a oczekiwać muszę wieki i chociaż pewnie i tak kiedyś pisałem podobnie, teraz to jest spotęgowane do poziomu, którego nigdy wcześniej nie znałem.

Tak naprawdę w życiu miłości za każdym razem uczymy się od nowa i nic w niej nie jest dokładnie takie samo, chociaż mogłoby się wydawać podobne. Tak i tu wiele moich definicji się sprawdza, chociaż uczę się wszystkiego na nowo, bo miałbym braki w doświadczeniu już od początku. Przede wszystkim muszę nauczyć się wytrwałości w oczekiwaniu, chociaż nie będzie to łatwe. A może i lepiej nie uczyć się tego? Tak, pozostanę zdany na pastwę tej tęsknoty, bowiem czuję wtedy znacznie lepiej, że mi brakuje tak bardzo mej Kasi. Tak będzie lepiej, wieczna pamięć się we mnie zbierze.

Przyjdzie zatem jeszcze niejeden moment w życiu, gdy wrócę do punktu, w jakim teraz stoję, z całym nieładem w głowie i uczuciem smutku, którego się nie spodziewałem. Przyjdzie zatem i moment, gdy smutek zamieni się w nieokrzesaną radość, a będę tak bardzo wypełniony szczęściem, że będzie mi się ono wydawało nierealne. Niczego się teraz tak bardzo nie boję, jak nagle obudzić się z tego pięknego czaru, uświadomić sobie, że wszystko mi się tylko śniło. Byłbym wtedy skory zapaść w śpiączkę, ponieważ sen ten jest warty całego życia, a rad byłbym przekroczyć i jego kres. Wszystko byle trwać w szczęściu z mą Kasią, za którą tak tęsknię…

Serce wypchane miłością

Jestem świadom tego, że dawno nie pisałem nic nowego. Zbyt zajmuje mnie rzeczywistość, a i w świecie wirtualnym szykuje się coś nowego. Nie będę jednak o tym pisać, bo natchnienie nie jest skierowane w tą stronę i pewne kwestie pozostawię jednak jako niespodziankę.

Cóż… Przyznam się szczerze, że nie cierpię pożegnań. Nieważne na jak krótko by one nie były, to nie jest miłym widokiem wyjeżdżający autobus ze swoją partnerką w środku. Jestem najwidoczniej słaby, bo płaczę na taki widok… Jednak nie od razu, tylko po powrocie do domu. Powstrzymuję emocje by wejść do samochodu, podjechać pod dom, wejść do środka i dostrzec ten istotny brak w swoim pokoju… Całą kwintesencja pokoju uciekła wraz z obecnością miłości mojego życia… Jednak jeden element został. Coś, co dostałem w ramach spóźnionych walentynek, czyli dosyć komercyjnego „święta”. Mimo wszystko lubię brać ten dzień na bardziej poważnie, gdzie powagą dla mnie jest oddać się temu klimatowi. Tym bardziej, jeżeli w ten dzień dostaje się symboliczne serce w wersji pluszowej.

Niby każdy by powiedział, że jestem za stary już na takie zabawki, ale… To jest dla mnie coś wielkiego i ważnego. Dostałem symboliczne serce z napisem „I love you”, co mimo iż jest słabym przekazem, to jednak daje mi wiele przyjemnego ciepła w środku. Staram się spekulować, że to serce nie jest wypchane pluszem, a miłością – uczuciem tak bardzo wiążącym ze sobą ludzi, że każde ograniczenie i tak mu nie sprosta. Przede wszystkim ja wiedziałem już od początku, że najlepiej zwyczajnie się poddać temu uczuciu. Może właśnie dlatego tak bardzo tęsknię po każdym pożegnaniu. Zrekompensuję sobie tym sercem brak obecności podczas snu. Nie zastąpi to tego uczucia obecności mojej Pauliny, ale da mi przynajmniej następny powód by oczekiwać kolejnego spotkania – nieważne czy krótkiego, czy długiego.

Moje serce także jest wypchane tą miłością, więc chyba pretenduje do miana „wypchanego człowieka”. Ciekawe uczucie… To uprzedmiotowienie siebie samego polega chyba na tej słabości wobec uczucia. Jedna osoba była w stanie uczynić kogoś z osoby totalnie zresetowanej emocjonalnie i uczuciowo. Do dziś jestem pełen podziwu wobec mojej Pauliny, chociażby z tego względu, że natknęła się na mnie w momencie pustki. Wiele przechodziła przez moje smutki i niezrozumienie. To był bardzo zainwestowany czas w niepewny stan wydarzeń. Nie wiedziała nawet czy coś z tego będzie, mimo iż to bardziej ja się łudziłem. Za to wszystko jestem gotów do totalnego uprzedmiotowienia. To jest forma podziękowania za te wszystkie chwile spędzone razem. Dziękuję także za chwile które nadejdą i będą one naszymi wspólnymi chwilami. Moje serce jest po brzegi wypchane miłością, która jest powodem zarówno do życia, jak i dźwigania wszelkich brzemion. Wszystko ku idei kochania jednej jedynej osoby – mojej Pauliny.

Próby miłości

Życie wystawia nas na miliony prób, miłość zatem, jako element życia wyższego, musi mieć swoje własne próby. Nie są one łatwe, wymagają wielu poświęceń, ale czego się nie robi, by dwie osoby kochające się mogły żyć szczęśliwie. Bywa tak, że będą zaharowane dni i nieprzespane noce, ale wbrew temu wszystkiemu trzeba dać małą inwestycję by zyskać dużo więcej na plusie. Poboli – przestanie. Kolej rzeczy by każde nieszczęście miało mocniej utwierdzać te dwie osoby. To jest właśnie próba miłości.

Sprawdzają czy jedna osoba jest w stanie do poświęcenia dla drugiej. Ważna rzecz bez której ani rusz. Nie ma życia bez ryzyka i trudności, trzeba być gotowym na walkę ze wszystkimi nieszczęściami. Życie w miłości to nie życie każdego z osobna – dwie osoby czynią jedno, wspólne życie. Nie może więc cierpieć jedna osoba, nie może być już samotna. Miłość tworzy jedność, jedność która wspólną siłą przeciwstawi się wszelkim trudnościom. Tak to właśnie działa, a ja to poczułem na własnej skórze po części.

Wczorajsza noc nie należała do łatwych, ale nigdy nie zostawię kobiety mojego życia na pastwę samotnego cierpienia. Chociaż nie wiem jak byłoby mi potem źle, zrobię wszystko co trzeba. Takie poświęcanie się, a w końcu z tego wszystkiego czuje się szczęście, że druga osoba jest szczęśliwa. Przede wszystkim w tym wszystkim trzeba się nauczyć walczyć z samym sobą. Jeżeli ma się przegrywać ze swoimi wewnętrznymi wadami podczas wspólnych problemów, to przynajmniej trzeba się nauczyć przenosić swoją przegraną poza obszar problemu. Trzeba odciążyć osobę, którą się w końcu kocha. Ile z tego wszystkiego przyda się w życiu poza miłością? Człowiek może nauczyć się rozwiązywać inne problemy na spokojnie, nie obciążając nigdy drugiej strony. Miłość jest najlepszym doświadczeniem życia, zwłaszcza jeżeli życie jest miłością, a miłość ma imie.

Mówiąc w języku miłości

Dzisiejszy dzień jest wyjątkowy. Święto ludzi chorych na padaczkę? Nie, chodzi mi o tą drugą część, czyli o święto ludzi zakochanych. Wyjątkowy dzień dla wszystkich par uznających to święto. Dla mnie to dodatkowo wyjątkowy dzień, zapamiętam go na pewno na zawsze. Tego dnia nauczyłem się coś, co określiłem z moją partnerką mianem języka miłości. Teraz wiem, jak bardzo uczucie może stać się cudem… Nieprawdopodobne było zjawisko w którym czułem, jakbyśmy byli wewnętrznie związani… Takie zmieszanie dusz. Niektórzy powiedzą, że to tylko mylne uczucie. Dla mnie to jednak coś cudownego i nie tylko dla mnie.

Jak dla mnie w tym dniu sprecyzowałem pojęcie miłości. Moje prywatna definicja miłości nazywa się Paulina i kocham ją. Także jednak sprecyzowałem definicje ogólną. Skąd wiedzieć że to prawdziwa miłość? Przede wszystkim trzeba przemówić w uprzednio wymienionym języku miłości. To jest jedyny moment w którym dwie osoby mogą się zrozumieć w pełni. Bez słów, bo słowa są w tej postaci czymś innym. Można poczuć w tym stanie uczucia drugiej osoby. W tym momencie takie wartości jak zaufanie rosną w siłę.

Dlaczego? Zazwyczaj brak zaufania to strach przed samotnością lub przykre wydarzenie, ale w tym wypadku, gdy trafi się na prawdziwą miłość, to jej smak daje pewność, że będzie się razem na zawsze. Chce się zwyczajnie być przy tym uczucia do końca, bo to jedyna rzecz która jest warta żywota. Życie bez miłości dla mnie nie istnieje. Nie umiałbym teraz przeżyć bez mojej Pauliny. Ona właśnie nauczyła mnie co to język miłości. Kocham ją nad życie.