Archiwa kategorii: Wichry zmian

Życie na rezerwie

Uświadomiłem sobie ostatnio, że wraca mi pewna obawa. Gdy byłem młody i szczególnie głupi wielokrotnie ocierałem się o śmierć. Gdyby nie chroniło mnie szczęście, prawdopodobnie załatwiłaby mnie selekcja naturalna. Nie mogłem być pewien kiedy nie zrobię czegoś, co będzie mnie naprawdę kosztowało życie. A mimo to zapominałem o swoich otarciach i dalej szalałem przez młode życie. Po czasie jednak, gdy szczególnie nabrałem świadomości ulotności życia ludzkiego, zacząłem się bać. Wysokość to było jedno. Oj tak, z wysokością najłatwiej nabrać strachu. Chociaż nie był to strach, który mnie paraliżował w miejscu, jednak krok w przód był mocnym stresem.

Niejednokrotnie musiałem jednak robić ten krok. Podstawówkę i gimnazjum spędzałem od czasu do czasu gdzieś wyjeżdżając. Szczególnie kochając góry musiałem jakoś przejść przez wszystkie kolejki linowe, bo przecież było powiedziane, że jadą wszyscy. Nie mogłem być wyjątkiem… Nie tutaj. Gdzieniegdzie udawało mi się wyprosić i pewnych szczególnie wysokich miejsc nigdy nie zwiedziłem, ale były to wizyty na tyle krótkie, że ktoś mógł ze mną zostać. Zawsze mi się tylko cisnęło na sumienie, że jakaś nauczycielka nie weszła na jakąś atrakcję tylko dlatego, że ja się bałem. A czego właściwie się bałem? Zginąć i stracić wszystko. Tak, mój strach przed wysokością i niepewnymi konstrukcjami jest wywołany tylko tym, że bałem się zginąć młodo.

Czy to kiedykolwiek się zmieniło? Na szczęście, chociaż nie na zawsze. Któregoś razu musiałem podjąć ryzyko. Walczyłem ze sobą do momentu w którym po prostu nie doszedłem do wewnętrznego zgody. Uświadomiłem sobie w prosty sposób, że na własną śmierć nie mam wielkiego wpływu. Jeżeli mam zginąć teraz, mogę z tym walczyć, ale nie ominę tego. Śmierć jest naszym przeznaczeniem. I właśnie te myśli, jak za sprawą magicznej różdżki, zaczęły na mnie oddziaływać pozytywnie. Zacząłem szybciej robić krok w przód, a niekiedy nie zatrzymywałem się nawet widząc potencjalne ryzyko. I jaki ja głupi wcześniej byłem ujmując sobie tak wiele przyjemności w imię własnej paranoi.

A jednak sytuacja znów się zmieniła. Przyszedł Upadek. Przyszło resetowanie. Przyszedłem nowy ja. Podejmowałem ryzyko brawurowo. Adrenalina się zgadzała i to było ważne. Po czasie jednak zmiękłem. Zacząłem osiągać coś w życiu. Trafiłem na kobietę do której zawsze chcę wracać. Spełniłem część pomniejszych marzeń i utorowałem sobie drogę do spełniania kolejnych. Rozwinąłem wiele umiejętności i mam ochotę na kontynuowanie dzieła. Poznałem tyle rzeczy… Przez to wszystko zaczęło mi zależeć na życiu, a im bardziej mi na nim zależy, tym bardziej zaczynam się bać. Na powrót nie znoszę wysokości. Dalej o zawał przyprawia mnie niepewna konstrukcja. Znowu wolę nie wychodzić ponad ograniczone kręgi tego co znam i jest bezpieczne. Zmiękłem… Wróciłem do pewnego starego punktu. Tak jest do teraz. To jest teraz. Boję się myśleć o stracie mojej ukochanej, nieważne które z nas umrze. Paraliżuje mnie to. A ludzie odchodzą…

Dobrze zresztą o tym wiem, że ludzie potrafią odejść, a my nie chcąc tego do siebie dopuścić, musimy być tego świadkami. Straciłem już dwoje członków rodziny w zeszłym roku. Mój wujek, chrzestny do tego, odszedł w Wielki Piątek. Miałem wtedy zabieg i strasznie mi przykro, że nie mogłem zjawić się ostatni raz go zobaczyć… Mój dziadek zaś opuścił nas kilka godzin przed Wigilią. Zasnął i się nie obudził. I tym razem żałuję, że będąc dzień wcześniej w mieście nie odwiedziłem go myśląc, że zobaczymy się przy wigilijnym stole… Życie jest tak kruche, że nie wiemy kogo powinniśmy kochać bardziej, bo szybciej nas opuści. Ile byśmy zresztą czasu nie poświęcili takiej osobie, zawsze będziemy zaklinać się, że nie było to wystarczająco.

Ludzie odchodzą. Odejdę i ja. Kiedyś. Dobrze, że to zawsze jest „kiedyś”. Gdybyśmy bowiem wiedzieli kiedy odejdziemy, część z nas prawdopodobnie by oszalała. Strach byłby bardziej trwały. Część byłaby gotowa, część bałaby się wszystkiego, pozostała część szalałaby nie zważając na to, że w brawurowych akcjach mogą ginąć też przypadkowe osoby. Ale nie wiemy kiedy kto odejdzie, więc nie ma co więcej gdybać. Za to szczerze współczuję osobie, która będzie ostatnia. Współczuję osobie, która będzie żyła najdłużej. Przeżyje taka osoba bowiem wszystkich, których kocha. Będzie obserwować śmierć bliskich i przyjaciół, raz po razie. Zostanie w końcu sama i nie będzie miała wiele więcej od życia…

Aż szkoda się zatrzymywać, nawet na postój. Warto pogodzić się z faktem, że zginiemy. Tak jak zrobiłem to podczas jednego spaceru. Wracając pewnego zimowego wieczoru do siebie byłem świadkiem jak szybki, duży i jasny obiekt na niebie przemieszcza się ku ziemi. Przemieszczał się co prawda po horyzoncie, ale że horyzont przede mną się kończy, mój mózg puścił mi krótką informację w stylu „to koniec”. Szedłem dalej patrząc w punkt w którym zniknął obiekt pewny, że zaraz cholera wie co zmiecie cały widok przede mną, a zaraz potem zginę i nie mogę nic na to poradzić. Niby się poddałem, ale tak naprawdę pogodziłem się wtedy z nieuchronnym. Odetchnąłem z ulgą, gdy zrozumiałem, że obiekt ominął ziemię. Zagrożenie minęło.

Zagrożenia wiecznie pojawiają się i mijają. Ciągle i ciągle będą nam towarzyszyć ryzyka. Wiele z nich nieuchronnie trzeba podjąć i to zwykle czas reakcji się liczy. Stąd napisałem ten wpis. To jest głównie impuls do mnie. Muszę ponownie ogarnąć się i przestać martwić się moim przeznaczeniem. I tak go nie oszukam. Mogę pozostać dalej ostrożnym, ale nie mogę pozwolić sobie na paraliż. Chcę żyć życiem zachowując rezerwę, ale nie chcę by rezerwa była moim życiem.

Patrz sercem i patrz w serce

Nie jestem imprezowym człowiekiem. Stronię od alkoholu i aspołeczność spowodowała, że nie potrafię dobrze się bawić w grupie ludzi. Z czasem zaczęły następować zmiany, takie jak dobra zabawa w tym, że inni bawią się dobrze. Wczorajszej nocy nie było inaczej. Bawiłem się naprawdę dobrze, mimo że miałem swoje stanowisko z „pracą”, obserwowałem jak ludzie imprezują i rozmawiałem ze znajomymi, którzy wokół mnie się znajdowali. Po balowaniu do późnej pory przyszła pora by położyć się spać, chociaż nie miałem nadziei wstać jako wyspany człowiek. Ostatnio mam problemy ze snem i zaczynam się zastanawiać, czy ja w ogóle zasypiam. Gdy zmęczenie dawało się coraz bardziej we znaki, a sen dalej nie przychodził, zacząłem rozmyślać i nie tylko.

Gdy empatią potrafię obadać cały świat, to czemu nie miałbym obadać trochę siebie? I wtedy właśnie zamiast patrzeć sercem, popatrzyłem w serce. Mogłem myśleć tylko, że znajduje się tam moja partnerka, lecz jedyne co znalazłem to pustkę i gdzieś w ciemności własny mrok. Przepraszam, już była partnerka… Tej nocy zdałem sobie sprawę, że nikogo jeszcze nie przygarnąłem na nowo do serca. Daję je dotknąć, daję je zobaczyć, nawet daję darmową próbkę tego, czym promieniuje. Nie zrobiłem jednak tego kroku by wpuścić kogoś trwale do środka, pozwolić wypełnić swoim uczuciem całe moje ciało. Teraz jest tylko ból rozstania, bo mimo wszystko było to swoiste przywiązanie do drugiej osoby. Musieliśmy dzielić kilometry z powodu moich studiów, a nie było to proste, gdy człowiek chce żyć życiem zewnętrznym, nie wirtualnym.

To co definiuje osobowość człowieka to wspomnienia, a trudno budować je żyjąc na taki dystans. Tym trudniej jest, gdy wokół mnie są ludzie, którzy budują mi zupełnie inne wspomnienia, a ja kolekcjonuję je z dużą pasją. Już teraz nawet oddałem plakat z imprezy do zalaminowania i zapewne zwiozę to do domu, przyczepię gdzieś na ścianę. Tutaj spokojnie mam podłoże by powiedzieć sobie, że będę naprawdę dobrze wspominać swoją przeszłość. Zostałem wykastrowany ze wspomnień celowo, teraz więc buduję nowe, a właściwie robię to od lat. Nie mogę już tylko za wspomnienia uważać rany na sercu i noże w plecach, bo to wszystko staje się nieważne im dalej idę w przyszłość. Może właśnie w tym momencie uczę się żyć życiem zewnętrznym, pozbawionym kabli, wtyczek i przycisków. To dobrze dla człowieka, który spędził niemal całe dotychczasowe życie przed komputerem izolując się od społeczeństwa, które zadawało tylko ból i uczyło nienawiści.

Wyjątki od tej normy wciąż szanuję i traktuję jak najlepiej mogę, chociaż nieraz zawiodłem i siebie, i ich. Człowiek nie jest idealny, a gdy patrzy na świat sercem to widzi i odczuwa wszystko, a niekoniecznie umie to perfekcyjnie oddać. Być może o to w tym wszystkim chodzi, lecz nie oznacza to, że nie przestanę próbować dalej dokonać najwyraźniej niemożliwego. Do niedawna jeszcze byłem pewien, że sam nie potrafię spojrzeć do swego serca, jednak najwyraźniej wszystko się zmienia z czasem lub zmęczenie otwiera jakieś magiczne wrota w moim życiu. Niekoniecznie jednak byłbym pocieszony z faktu ciągłego niewyspania, które lata temu było jednak lżejsze do zniesienia niżeli teraz. Niektórzy doszukują się w tym drugiego dna, gdzie mogłoby być przyczyną albo przejmowanie się czymś, albo nadchodzące zmiany. Nie przejmowałem się niczym w tym okresie, więc nie dręczyło mnie to tak po nocach by nie spać. Co do zmian… Mam swoje omeny, lecz na pewno takiego dodatkowego nie chcę.

W walce człowieka i zmian w jego życiu lepiej jednak, by ten właśnie pierwszy był wyspany. Zaśnięcie na arenie możemy uznać jako walkower, a nie o to w tym wszystkim chodzi by przespać życie zmieniające się bardzo gwałtownie. Nie jest w sumie pewien, czy gwałtowność tych zmian nie jest przypadkiem właśnie skutkiem zmęczenia. Może gdy człowiek wyciągnie z siebie więcej sił to te zmiany znów będą następować powoli. Tym bardziej nie jestem pewien, czy chciałbym czekać długo na to wywrócenie wszystkiego do góry nogami… Gdy nastąpi to raz a dobrze to mogę już w spokoju rysować mapę gdzie co się znajduje, zamiast przyjść, poukładać, spróbować przywrócić w dawny ład. Tak żyje mi się lepiej, ponieważ życie wydaje się być wtedy pełne przygód, a niektórzy znajomi wypominają mi, że nie mam prawa do nudzenia się w życiu.

Dzieje się wiele, a ja jednak chciałbym więcej czasem. Nie, że lubię być przypartym do muru, ale człowiek wie wtedy, że nie prowadzi zwykłego życia. Monotoniczność została mi już raz zarzucona, chociaż być może autorka tego zarzutu nie była świadoma czego nie dostrzega. Oka ani jednego, ani drugiego nie oddam, a i żadnym z nich nie zobaczy świata takiego, jakim ja go widzę. Widzę go jednak w barwach zbyt starych, a i może właśnie przeszłość mnie woła bardziej do siebie niżeli przyszłość ciągnie do przodu. Nie odnajdę tu swego istnienia, ale to nie znaczy, że czuję się z tym źle i nie zbuduję dobrych wspomnień. Ciekawy jestem czy tutaj ktoś trafi do mojego serca, stanie się tym wyjątkiem od reguły, a gdy następnym razem spojrzę w serce, to powiem sobie w duchu „Jestem szczęśliwy.”.

Uciekając od szaleństwa

Mam pytanie na start: Ufacie sobie? Ja nie. Bywają jednak momenty w których ufam sobie mniej niż zwykle. Ciężko mierzyć zaufanie, skoro to tylko rodzaj uczucia odnoszącego się od innej osoby. Mam wysokie zaufanie nawet do osób, które mnie krzywdzą, jednak do siebie nie mam go w ogóle. Ironia… Mam być może podstawy. Dużo w życiu zepsułem lub postąpiłem po prostu bardzo nieładnie, żeby nie napisać brzydko. Zbliżam się w szybkim tempie do osiągnięcia wieku 21 lat, a wciąż nie wykorzystałem tego, że jeszcze jestem pod jakimś względem młody. Zero szaleństw, zero korzystania z wolności… Zawsze bieganie za wiązaniem się co ograniczało w każdym wypadku wolność oraz sprowadzało się do zupełnego spoważnienia.

Gorzej jednak, że od kilku lat, być może od dwóch, pojawia się u mnie wredne uczucie. Chęć? Bardziej pragnienie. Pragnienie wolności i wyszalenia się. Ile razy się pojawiało, tyle razy namieszało mi w życiu. Jedno rozstanie było pod presją tego pragnienia, a uczucie spełnienia w tym momencie było naprawdę niesamowite. Czułem, że zrobiłem coś dla siebie i mimo niewątpliwie niemoralnej drogi jaką doszedłem do tego efektu, osiągnąłem taką małą ekstazę młodości. Nie mógłbym długo żyć w szaleństwie i wolności, gdyż serce wciąż gna do wiązania się i powagi. To takie skrajne, że doprowadza człowieka do obłędu. Jak patrzeć jednocześnie w prawo i lewo?! Tak, lusterko lub rozjazd oczu… Niekoniecznie przekonuje mnie to nie biorąc tych dwóch opcji pod uwagę. Nie da się, chociaż kwant jest w stanie być w dwóch lub więcej stanach jednocześnie. Skubany ma fajnie pod tym względem, że przeczy i zgadza się z samym sobą.

Niedługo jadę odpocząć trochę od tej atmosfery jaka najwyraźniej mi się udziela. Może w swoich czterech ścianach po prostu usiądę i przemyślę ten problem, to pragnienie. Może jest jakieś lekarstwo na to… Nic co zmieni znów za dużo w moim życiu. Nie jesteśmy maszynami, więc nie możemy poprawiać swojej osobowości niczym programista poprawia swój program. Tym bardziej jest ciężej, a jeszcze czuję się w środku starzej niż mój wiek ciała sięga. Gdy nie trzymam powagi również dzieje się niedobrze, by nie napisać źle.

Zastanawiam się jednocześnie czy biorę tak do siebie to co inni myślą o mnie. Do negatywnych wypowiedzi o tyle się przyzwyczaiłem, że puszczam je przez drzwi niczym dżentelmen damę. Pozytywne słyszę rzadziej, ale na pewno przykuwają moją uwagę. Z niejakim wewnętrznym odczuciem rozróżniam pochlebstwa od komplementów. Przyznam szczerze, że komplementy są miłe, nawet jeżeli są zaszyte w sarkazmie. Gdybym przeszedł na szaloną stronę życia na pewno nie słyszałbym już tylu komplementów, co zdarza mi się teraz słyszeć. Sumienie by mnie z resztą zjadło, ponieważ zawsze zrobię coś co potem mi kiełkuje na sumieniu. Niemiłe, ale człowiek czasem podejdzie do sprawy zbyt lekkomyślnie i zanim się opamięta będzie już za późno.

Dochodzę do wniosku, patrząc na to co napisałem do tej pory, że znowu łapie mnie lekki dołek. Który to już z kolei? Mam wrażenie, że nieco większą częstotliwość ma moja sinusoida. Może i się nawet użalam teraz nad sobą, jednak ułatwia mi to funkcjonowanie. To coś z rodzaju: „Zrób to teraz, potem będziesz miał z głowy.”. To zjawisko zostało ładnie nazwane „młodością”, że niejako ona właśnie dobija się do głosu. Jeżeli tak, to jest o wiele za późno dla mnie, ponieważ mam teraz zajęcie i mam swoje priorytety. Nie mogę odpuszczać, nie mogę się poddawać, muszę brnąć i w głowie powinny mi być wartości, które z reguły dobijały się wcześniej do głosu.

Za wolności zniewolenie, za zniewolenia wolności; za spokoju szaleństwa, za szaleństwo spokoju. Z grubsza podsumowałem ten goniący się stan najlepiej. Tak, to pętla. Pętla charakteryzuje się tym, że zwykle nie ma końca. I ta skubana nie zrobiła mi wyjątku. Pętlę zatem trzeba trochę nagiąć, złamać. Niech zostanie spokój i zniewolenie, czyli to za czym wieki dążyłem. Wiodę spokojne życie, mam wspaniałą dziewczynę, zostawmy to jak jest. Na wyszalenie się miałem przecież prawdziwą młodość w której codziennie wracałem z nowymi zadrapaniami i siniakami, bo przecież ktoś musiał latać po krzakach z kijem jako mieczem, starając się ocalić świat przed złymi demonami w postaci kilku przerośniętych chwastów, czasem roślinki zasadzonej przez własną mamę.

Nie liczyło się wtedy nic oprócz dobrej zabawy, a i o wiązaniu się jeszcze mowy nie było. Zero powagi, tylko świat wyobraźni, który tętni wciąż we mnie, mimo że już nie taki sam. Nie musiałem nawet się martwić o zaufanie wobec innych czy samego siebie, bo najgorsze co mogło być to niespodziewana obraza kolegi z podwórka, który nie chciał iść na smoka, bo jego mama zasadziła nowe rośliny w ogrodzie. To wyjątkowe chwile, które mogę na swój sposób nazwać szalonymi i dobrze je wspominam po dziś dzień.

Wtedy była młodość, a teraz jest… Właśnie… Nie wiem jak nazwać ten okres czasu. Najprościej: studia; gdy jednak się chce już trochę bardziej oficjalnie to słowa brakuje. Starsze osoby nazwą to dalej młodością i w sumie też będą zachęcać do wyszalenia się, jednak słyszałem to i ostatnim razem, a długo jakoś nie wykorzystałem możliwości. Nie potrafię lub mam w sobie jakiś głębszy opór, którego nie zauważam. Uprzedzenia i te sprawy… Może złe wspomnienia miały duży wpływ na to wszystko… Ciężko spekulować. Ciężko spekulować tutaj, gdzie dookoła jest mnóstwo ludzi i nawet w zamkniętych czterech ścianach wyczuwa się ich szaleńcze myśli, jakoby zabawa owładnęła ich umysły.

Potrzebuję wyjeżdżać stąd częściej lub znaleźć sobie tutaj miejsce do którego spokojnie mogę się przejść i pomyśleć trochę. Nawet, gdy byłem u siebie, to w swoich czterech ścianach niewiele potrafiłem pogodzić w umyśle. Nawet blog nie ma takiej mocy w pewnych kwestiach. W swojej miejscowości mogę jednak liczyć na przyjaciółkę z którą mogę się spokojnie przejść po obrzeżach miasta i porozmawiać. Czasem o problemach, czasem o doświadczeniach, czasem o losowych sprawach, jak na przykład wypadek samochodowy, który zdarzył się na naszych oczach. Tutaj tego nie mam. Mam lokatora z którym mogę porozmawiać, gdy człowieka jakaś drobnostka gryzie lub wkurza. Brakuje mi mimo wszystko kobiety, przyjaciółki dokładniej. Kogoś z kim bez zobowiązań możesz wyjść i pogadać, zaczerpnąć powietrza, zapomnieć o obowiązkach i grafiku na tu i teraz. Może i wtedy to uczucie nie byłoby tak uporczywe. Cóż… Na ten weekend wracam do siebie i umówiłem się na spotkanie z przyjaciółką. Odciążę się być może. Taka ucieczka od szaleństwa.

Błądzenie we dwoje

Mamy ładny ranek i chyba wyjątkowo tak wcześnie zaczynam pisać cokolwiek tutaj, a zwłaszcza zaczynając wpis niczym komentator sportowy odnoszący się do z góry nieokreślonej audycji sportowej. Jeżeli za to uznamy prowadzenie życia mniemanego za ciekawe, to możemy chyba mówić o prowadzeniu sportu, lecz raczej nie jako komentator, a zawodnik. W grze za to zawodników jest dwoje i wcale nie są w przeciwnych drużynach. Przyznam szczerze, że jeszcze nie raz okłamię tysiące ludzi i samego siebie, jeżeli tak bardzo będę próbował oszukać zwłaszcza swoją osobę. Na to niestety już nic nie poradzę, ale może akurat w tym przypadku poradzić nic nie chcę.

Życie jest ciekawym torem do maratonu w nieznane. Dojść z punktu A do punktu B, trasa dowolna, brak nawigacji, mapy, czegokolwiek. Jedyna opcja? Podczepić się pod kogoś, czyli drugiego zawodnika, bo w tę samą stronę nie może biec więcej niż dwie osoby, które są zdane na siebie. Tak jest o wiele ciekawiej, to na pewno, bo jest opcja biec samemu lub we dwoje. Wybrałem we dwoje, a moje decyzje zostały ładnie podsumowane zupełnie losowym obrazkiem zawierającym moje myśli, których jeszcze do wczoraj nie byłem świadom. Wolę zabłądzić właśnie z tą osobą, z którą aktualnie pokonuję maraton życia niż dojść do celu z inną, przypadkowo napotkaną osobą.

Błądzenie nie jest takie złe, jak ludzkość to wyolbrzymia. Wiele razy błądziłem w życiu i wiodło mi się całkiem dobrze. Myślę, że warto wrócić do tej mojej specjalizacji, a może właśnie błądząc znajdę się szybciej u celu niż lecąc przez wszystko z najlepszą nawigacją świata. Nie trzeba mi nawet dawać drugiej szansy w życiu bym mógł narodzić się na nowo i iść od startu do mety korygując ewentualne błędy, których dokonałem. Zrobiłbym dokładnie to samo, dokładnie te same błędy. To wszystko co źle zrobiłem i złego mi się stało spowodowało, że jestem jaki jestem i nie chcę być lepszą wersją siebie. Zrobiłem jeden poważny skok w życiu i doszedłem tutaj, drugi może nie być takim trafnym przecież.

Lepiej zamiast skakać nad przepaściami przejść się dookoła, bo przecież mamy czas. Mamy w sumie dużo czasu, więc pobłądzić w życiu można. Można nawet to potraktować jako swojego rodzaju wycieczkę krajoznawczą. Ja pokażę znaną mi okolicę błędów, druga strona pokaże mi zapewne inną okolicę błędów, a zostanie ich jeszcze tylko kilka. W takim wypadku trasa jest bardziej optymalna, bo to zawsze o dwa miejsca z przeszkodami mniej, lecz… Kto wie czy i tak oboje byśmy się tam nie przeszli? Czasem dobrze jest zwyczajnie poruszać po znanym gruncie nawet jeżeli dzień wcześniej się po nim pełzało błagając los o litość. Można się bać takich decyzji, to nie dziwne, lecz życie chyba polega na takim małym szaleństwie, a przecież w każdym szaleństwie jest odrobina metody na życie. Ha! Możemy zatem spokojnie zazdrościć osobom, które oszalały psychicznie, ponieważ znalazły w tym sposób metodę na szczęście. Chociaż może to kiepski przykład do sytuacji? Tak, chyba tak…

Nieważne w sumie, ponieważ ważne dla mnie jest to błądzenie we dwoje. A ja na pewno błądzę, jeżeli jestem w stanie przestać marzyć o kosy żniwiarza zwanego śmiercią. Ach, ile to mi sen umilało, że mógłbym przyjść po każdego w jego ostatniej godzinie… Lecz nie, tym razem to marzenie jest słabe, żeby nawet nie napisać wymarłe. Wymarłe w obliczu tego, że błądzę i mi się to podoba. Czuję tą chęć poznawania nieznanego, bo przecież nikomu normalnemu nie myśli się nawet iść totalnie losowymi ścieżkami. Ktoś to nazwie działaniem spontanicznym, lecz nie jest to do końca tak jak brzmi. Nie ma ani monotonii, ani spontaniczności. W sumie nawet nie ma co tego oceniać, bo nie jest jakoś to potrzebne w tej chwili. To wszystko po prostu jest i po prostu mi się podoba, a jedyne czego pragnę to żeby po prostu trwało jak najdłużej i z dala od mety, o ile to możliwe.

Parabola w życiu – czyli wspomnienie związku z Kasią

Wszyscy już posnęli, bo taka nastała pora, a ja walczę ze swoim niecodziennym problemem ze snem. Od jakiegoś czasu zacząłem zauważać, że mój związek z Kasią uzyskał już swój maksymalny parametr paraboliczny, powoli tym samym dążył do spadku. Smutne, lecz rzeczywistość pokazuje w okrutny sposób, jak to dwie istoty nie są dla siebie stworzone.

Wczorajszej nocy odbyła się ciężka rozmowa o tym, jak ten spadek nabiera niestety rozpędu. Starania się tutaj nic nie dawały, funkcja nie chciała ponownie odbić w górę. Jestem aktualnie wolny od związku cywilnego. Nie umiem opisać, jak bardzo mi żal tego, że nie potrafimy po prostu naprawić jednego błędu w wyznaczonej przez nas funkcji. Człowiek jest stworzony by czynić błędy, nie zawsze jednak potrafi je naprawić. Nie, nie uważam mojego związku z Kasią za błąd, nie uważam niczego błędem. Uznajmy to jako matematyczne odniesienie do algorytmu życia, gdzie być może ta funkcja odniosła nieoczekiwany rezultat, ponieważ została zaimplementowana za późno. Kasia jest dla mnie dalej ważna, sentymenty zostają, lecz najwyraźniej nie jest mi to dane bym przy tym sentymencie trwał.

Lata temu, przed upadkiem, miałem w swojej głowie wyobrażenie kobiety idealnej. Mała blondynka o niebieskich oczach, słodkim i spokojnym głosie, zabawnym i aktywnym charakterze, młodsza ode mnie i z tej samej szkoły. Dostałem od losu co chciałem i smutno mi z tego powodu, że mój ideał sprzed lat najwyraźniej nie jest idealnym połączeniem ze mną. Być może to ja zrobiłem gdzieś poważny błąd i nie potrafiliśmy już oboje tego naprawić. Nie wiem czy się oskarżać, bo nie wiem czy jestem w stanie racjonalnie myśleć. Ogarnął mnie stan tymczasowej rozsypki, chociaż nawet nie zostałem skrzywdzony ani tym bardziej sam nie skrzywdziłem. Tak, podszedłem do sprawy bardziej emocjonalnie niż mi się zdawało.

Nie będę się krył – płaczę. Jestem człowiekiem i mam serce szukające swojego życiowego azylu w spokojnej miłości. Jestem cholernym romantykiem i życie nie będzie dla mnie łatwe, dopóki sam nie dowiem się za czym gonię. Lecę przez ten cholerny labirynt jakim jest życie, a nie wiem czego szukam. Właściwie to nie wiem kogo szukam, bo to jest właściwie istotne. Po rozstaniu z Pauliną zainicjowanym moim grzechem związku byłem w o wiele lepszym stanie. Dzisiejszej nocy pozwolę sobie zatem na trochę swobody. Cztery miesiące i jeden dzień – tyle przeszliśmy w związku z Kasią. W międzyczasie kilka drobnych sprzeczek i może z litr łez. Dziś wyleję ich o dodatkowy litr więcej, ponieważ mam zamiar rozpamiętywać wszystkie dobrze spędzony chwile we dwoje.

Odbieranie i zawożenie jej do szkoły było zawsze dla mnie czymś z serii ciężkich pożegnań, nawet na te 5 dni. Odjeżdżałem zawsze smutny, bo tęsknota ogarniała mnie w momencie, gdy wchodziła do klasy. Pod koniec dnia roboczego zawsze niecierpliwie czekałem na głównym holu z nadzieją, że szybko zobaczę mój życiowy ideał. Nie zapomnę nigdy wzroku i komentarzy moich byłych nauczycieli, którzy komentowali moje przyjazdy, cytuję: „No proszę. Częściej witasz w szkole jako absolwent niż witałeś jako uczeń.”. Zawsze podsumowywałem to krótkim uśmiechem i spuszczeniem wzroku, a podnosiłem go znów w odległy korytarz z nadzieją, że zobaczę mój długo wyczekiwany cel podróży.

Zdarzało się i czasem, że jadąc do jej domu po drodze zabieraliśmy siostry. O żadnej źle nie wspomnę, towarzystwo do jazdy po naszych drogach przednie. Czasami oczywiście przesadziłem przy jeździe, ale nie jestem przyzwyczajony wozić kogoś na tylnych siedzeniach. Każdą siostrę mimo wszystko dobrze poznałem i naprawdę jestem pełen podziwu, jak są zgrane i radzą sobie w życiu. Rodziców mam za to za co podziwiać. Mimo trudów w życiu radzą sobie moim zdaniem lepiej niż poradziłoby sobie wiele aktualnych małżeństw. Z wieloma zachowaniami pewnie bym się kłócił, ale nie mam prawa ruszać maszynerii, która i tak sprawnie działa. Przyjaciół Kasi może nie poznałem za dobrze, ponieważ liczę w sumie tylko jedną przyjaciółkę, która ma swój sposób postrzegania świata, którego ja nie rozumiem. Nie wiem czy dałbym radę chociaż w połowie tak dobrze widzieć świat teraźniejszy jak ona, ale zapewne to z tego względu, że w przeciwieństwie do niej nie pasuję tak dobrze do tego świata. Szkoda mi tylko tego, że oprócz niej nikogo więcej nie poznałem, a lista była większa niż jedna osoba.

Hmmm… Zostaje jeszcze reszta rodziny, prawda? Chrzestną poznałem dosyć szybko i nietypowo, bo z tego co pamiętam to przez telefon. Dosyć nietypowa sprawa, ale skoro Kasia musiała gdzieś wyjść, to nie będę protestował, jak odda telefon tak miłej chrzestnej, jaką posiada. Wstydziłem się przy tej rozmowie jak cholera, ale rozmawiało mi się bardzo dobrze. Szkoda tylko, że osobiście spotkałem ją na pogrzebie, na którym nie byłem koniecznie mile widziany. Część rodziny uznała moją obecność przy Kasi jako zbędną, a wręcz przeszkadzającą. Rozumiałem ich, ale jeszcze bardziej rozumiałem, że powinienem wspierać Kasię w trudnych chwilach i nie opuszczać jej w potrzebie. Oboje uznaliśmy zresztą, że ten dzień powinien być właśnie taką chwilą. Przynajmniej to była tylko mniejsza część rodziny, a może w innych okolicznościach inaczej zostałbym potraktowany.

Mimo tamtego kryzysu najlepiej poznałem dziadka Kasi, przesympatycznego starszego pana. Słuchałem go i słuchałem, wiele usłyszałem. Nadziwić się nie mogę, jak dużo wytrzymał przez całe życie i że tyle żyje z tym wszystkim za plecami. To może być dla mnie wzór! Naprawdę. Cały związek być może jeast dla mnie rodzajem wzoru, ale nie piszę już o tym w tym samym kontekście. Doświadczyłem rzeczy, których byłem ciekawy, a nie musiałem o nie prosić by dostać to doświadczenie. Nigdy wcześniej żadna dziewczyna nie rzuciła mi się w ramiona, a ja nigdy w tej sytuacji nie podniosłem ją wysoko przytulając bardzo czule. Obserwowałem takie zachowania w telewizji oraz czasem na mieście. Dla mnie to nie jest błaha rzecz, tylko doświadczenie, którego mogę więcej nie doświadczyć, jeżeli moje poszukiwania za szybko nie odniosą skutku.

Nie chcę niczego przyspieszać, ale zapewne znów znajdę się za niedługo w punkcie implementowania nowej funkcji w algorytmie życia. Mam taką dziwną chorobę chyba, że szybko znajduję sobie partnerkę. Niepotrzebnie się spieszę, lecz patrzę dużo na zegar życia by nie przegapić szansy uzyskania optymalnego wyniku w czasie wykonania całego algorytmu. Przyznam szczerze, że w głębi ducha napisanie tego wpisu dało mi zysk wewnętrzny. Rozwiałem smutki, chociaż zapewne gdzieś one jeszcze są, lecz póki nie będę miał powodu, nie zapłaczę ponownie. Nie bez powodu wpisuję ten związek jako najlepiej spędzone cztery miesiące.

Rozstaliśmy się bardzo zgodnie, wydając z siebie tylko kilka szlochów. Nie jest łatwo rozmawiać o tym, że związek nie potrafi przeżyć, mimo prób ratunku. Jestem dumny z nas obojga, że znieśliśmy tą rozmowę dobrze. Jestem dumny z wielu rzeczy, jakie wydarzyły się przez te okres, ale nie mam nawet jak skrócić tą całość do krótkiej opowieści. Dużo już i tak na ten temat napisałem, ale uzewnętrzniłem myśli tak, jak to zawsze miałem na celu robić na tym blogu. Nie bójmy się mówić, że kochamy, ale też nie bójmy się mówić, że nie potrafimy żyć razem. Na zakończenie z tego miejsca chciałbym podziękować Kasi, jeżeli czyta ten wpis, za cały ten czas spędzony razem. Nie żałuję niczego.

Czarno-białe serce

Kiedyś żyłem tylko szarością, własnym widzimisię, kierunkiem jaki wydawał mi się słuszny. Nigdy nie określając swojego serca ani jako białe, czyli dobre, ani czarne, czyli złe, skażone, itd. Po prostu wymieszanie jednego z drugim, czyli cała skala szarości, nierozłączne jedno z drugim. Dziś? Po awatarze widać, że ta szarość zamieniła się na czarny i biały, złączone, ale nie zmieszane. Nie umiem powiedzieć, że jestem zły lub jestem dobry, dlatego zawsze czepiam się słowa „niezupełnie”. Niezupełnie w sobie widzę jedno lub drugie, a być może jestem w stanie dostrzec w sobie i jedno, i drugie. Podziwiam czasem swoje czyny, których się podejmę.

Nie jestem obojętny wobec ludzi, czy to wróg, czy przyjaciel, czy ktoś zupełnie obcy. Nie rozumiem też tego w sobie, ale mam ten dziwny odruch, pewnie spowodowany empatią, która czasem jest dla mnie krzyżem na ramionach. Mimo wszystko pozwala mi to jednak interpretować świat każdym możliwym okiem. Nie jest to wcale zbędna możliwość, bowiem istniejemy w świecie iluzji. Moim lekarstwem by zobaczyć albo więcej iluzji, albo znaleźć w tej kurtynie wreszcie szparę jest właśnie empatyczne oko, dar i przekleństwo. Tłumaczę już, dlaczego używam także słowa przekleństwo.

Empatia umożliwia wczuć się w stan drugiej osoby, a to tylko połowa prawdy. Pozwala też odczuwać jego emocje na sobie, co nie jest już takie proste. Jesteśmy stworzeni do swoich emocji, uczuć i interpretacji świata. Gdybyśmy byli w czyimś położeniu być może radzilibyśmy sobie lepiej, ale w którymś momencie zostalibyśmy zmiażdżeni, a to tylko dlatego, że nie do tego zostaliśmy zrodzeni. W tym momencie empatia potrafi postawić mnie niejako właśnie w takim położeniu, jednocześnie bez jakiejkolwiek ingerencji. Nie uważam, by to było najlepsze miejsce do stania, lecz prawdą jest też to, że to najlepsze miejsce do obserwacji. To jednak nie jedyna wada. Jeżeli jesteśmy marginesem społecznym, osobą do popychania i niszczenia, to empatia spotęguje nasz smutny los. Depresje czy chandry, może drobne dołki, ale będą one mocniejsze, jeżeli empatia wczuje się w naszych oprawców. To jest taki rodzaj niezależnego organizmu, który wpływa mimo wszystko na nas. Ale podam jeszcze inny przykład, odwołując się do sytuacji odepchnięcia.

Smutek towarzyszący takiej osobie to jedno, ale prócz smutku pojawia się także nienawiść. O ile ona jest mocniejsza od osób, które pierwsze obdarzyły taką osobę nienawiścią? Minimalnie dwukrotnie, a w przypadku rozważania maksimum musimy zostawić przedział otwarty, bo granicy nie ma. Serce bijące empatią nie będzie ani białe, ani czarne, a i białe, i czarne. Skala szarości jest tutaj niepoprawna. Empatia czarna, zła, to wczucie w siebie negatywów, niepotrzebnie, ale jednak z odruchu. Tak więc i przeciwwaga, empatia biała, dobra, czyli wczucie w siebie sytuacji drugiej osoby, jak najlepsze zrozumienie jej. Taki mały zlepek dwóch kolorów, a jedna cecha tego powodem. A jeżeli ludzie określają siebie jednym kolorem?

No cóż, ja siebie początkowo określiłem skalą szarości, czyli trochę by tego było, a i tak szare to szare. Musimy jednak być świadomi, że wciąż żyjemy w iluzji i sami ją sobie nałożyliśmy. Jeden kolor to kolejna iluzja. Nasze życie jest minimum dwukolorowe i to jest to, w czym będę się upierał do końca. Pojawi się pewnie i taka myśl, że mam na myśli trochę więcej, niż tylko zabawy w filozofie kolorów, a gdzieś głębiej w tym wszystkim piszę o osobowościach. Być może, być nie może, czyli interpretacja własna. Jak brzmi zatem moja dosłowna interpretacja? Nie brzmi, tak jak nie istnieje obiektywizm, u mnie niejako subiektywizm jest strasznym mitem. Mimo preferencji, wszystko widzę na biało i na czarno, i tak to rozważam. Sercem, nie oczyma, odczuwam istotę samego siebie i swoich bliźnich, każdego w sumie człowieka. Jedyne co w tym wszystkim jest piękne, to gesty z tej białej strony. Ludzi wytykanych nie omijać, błagającym o pomoc pomóc, proszących o wybaczenie wybaczyć. Popełnię błąd z powodu gestu, trudno, dostanę po uszach, a i tak nie zmienię tego.

Boję się czasem tylko tej ciemnej strony, która może być kiedyś utrapieniem. O ile nauczyłem się trzymać ją pod kontrolą, nie mam nigdy pewności, że nie wymknie się ona z mniejszej lub większej kontroli. Trzeba mieć nie lada umiejętność, bardzo rzadko spotykaną, by wiedzieć jak nieprzewidywalnym zjawiskiem to jest. Zjawiskiem, którym właściwie ja też jestem. Chaos, lecz i tu zasada jest ta sama, że każdy chaos ma swój porządek. Chciałbym badać ten chaos, tak jak obadałem już wiele rzeczy za swojego krótkiego życia, lecz obawiam się, że to nie jest możliwe. Wyniki byłyby niespójne, a nie do tego dążę. Dążę do zrozumienia świata, nie siebie, więc zostawmy mnie na bok. Swoim biało-czarnym sercem przejdę ten chaos, przejdę te wszystkie stany, dojdę do stanu by zabić nim raz jeszcze i spocząć, pełen zrozumienia.