Cud w sercu

Jest dosyć późna godzina, prawdopodobnie już dawno bym spał. Tak, tak być powinno, gdyby nie pewien fakt. Zdenerwowanie pobudza, o wiele. Niektórzy ludzie źle znoszą rozstania, lecz tym razem nie ja jestem tą cierpiącą stroną. Niestety sprawa z brakiem Diany w moim sercu ciągnęła się jeszcze jakiś czas, a ja zastanawiałem się tylko kiedy w końcu zdenerwowanie sytuacją weźmie górę. Mogłem posłuchać znajomych, zerwać kontakt, nie zrobiłem tego. Nie zrobiłem tego aż do dzisiaj. Być może to było okrutne, lecz po usunięciu gniewu, wyciszeniu się i wymęczeniu do reszty przyszedł czas na sen. Na sen lub… Ponowne wejrzenie w siebie.

Tak, znowu to zrobiłem. Wejrzałem tam, gdzie mogłem spodziewać się pustki, lecz jej nie zastałem. Czuję jak tętnię życiem, które zaczyna splatać się z wybranką, Magdaleną. Tak, wiele osób złapie się za głowę i pomyśli „Następna i znów te same bajki.”. Sytuacja tylko raz w moim życiu zatoczyła koło, zatem i ta sytuacja jest odmienna. Jest o tyle odmienna, że nie potrafię jej spokojnie obrać w słowa. Już wcześniej w przygotowaniu był wpis, który miał wszystko zebrać, co ostatnio się wydarzyło. Brakowało mi czegoś… Ale zacznijmy od początku.

Ostatnimi czasy znów zaczęła następować pustka, obecna jak za czasów mojego pierwszego upadku. Stopniowo będąc na „lekarstwach”, które rzekomo miały mi przynieść ulgę, moje emocje przestawały istnieć. Emocje, uczucia, wspomnienia, aż do osobowości. Od może 1,5 miesiąca zaczyna się dziać to samo, lecz progres sięgania pustki jest o wiele wolniejszy. Do tej pory lekko starałem się to wyrównywać empatią, lecz wciąż pokryć tego nią nie próbowałem. Po części boję się jak zareaguję chłonąć więcej cudzych emocji niż dotychczas. Empatię zatem traktowałem jako opcję ostateczną, dając sobie do zrozumienia, że muszę zwyczajnie wytrzymać, a może to minie…

Być może i by minęło. Nie zakładam niczego aż nadto w sumie. Tak jak pustka sięgnęła moje serce już dawno, to teraz moje serce… Drgnęło. Głowę zapełniają teraz marzenia, a ja staję się jakby nieobecny w świecie rzeczywistym. Znów zaczęły się zmiany, znów coś pokazało mi drogę, a ja krok po kroku odważnie idę na przód. Gdzieś tam, gdzie łowca zaatakował taką ofiarę jak ja, ja zrobiłem następny krok w kierunku łowcy z jedynym strachem w sercu, że mógłbym być złym trofeum. Łowca… Tak… Łowczyni bardziej. A i wszystko się wydało…

Popadłem znów w wyższy stan emocjonalny, lecz tym dziwniejsze, że empatia ani razu mi się w to nie wmieszała. Czuję się jakbym poznał zupełnie coś nowego. Coś… Własnego! Tak, to moje uczucie! I jest takie ciepłe… Jest tak, jakbym nie miał się przejmować niczym. To coś jest o tyle nienamacalne, że brakuje mi wszelkich słów, które mogłyby to określić. Nadzieje wypełniają me wnętrze, a całość podkreślam wiarą w powodzenie, które dawno wymarzyłem sobie w życiu. Zamiennie bym nazwał to stabilizacją i mogę się mylić, ale właśnie stoi ona przede mną. Właśnie na tej drodze z której łowczyni chociaż raz się nie cofnie, bo nie ma powodu, gdy widzi coś wartościowego przed sobą. O ile ja bardziej cenię łowczynię, niż łowczyni swą ofiarę… Ach!

W tym wszystkim przeszkadzają tylko drobne rzeczy, które mam nadzieję, że swobodnie zniesie czas. Mając różne harmonogramy czekam tylko na wiadomość, chociażby jakieś powitanie. Sam sprawdzam przecież co chwilę, czy może mogę już się odezwać. W deszczu mając dłonie schowane w kurtce tylko ściskam mocno komórkę by wyczuć chociażby najmniejszą wibrację sygnalizującą wiadomość. Deszcz i smartfon to złe połączenie, pisać się w tym połączeniu nie da. Ale chwila! Wiadomość! I serce mocniej zabiło raz pierwszy. Sprawdzam tylko, tak, to ona. Trzeba pędzić szybciej do mieszkania. A po chwili druga wiadomość i drugi raz serce mocniej zabiło. Ta radość, to tchnienie, ta motywacja by się pośpieszyć, zwłaszcza że i trzecia wiadomość się pojawiła!

Ach! Jakżebym chciał mieć tyle odwagi przy niej co w sercu gdzieś zgubiłem! Obecność w pobliżu, a ja zwyczajnie się wstydzę, chociaż sam nie wiem czemu. Dziwne to o wiele, nigdy przecież tak wielkiego wstydu nie okazywałem… I ten moment, gdy jednak jest kontakt i odwagę trzeba zebrać, schować wstyd ten cały… Ale warto być blisko, oj tak. Poczułem i zapach. Delikatny i słodkawy, lekki, kwiecisty wręcz, nie dający o sobie zapomnieć. Ile zapachów poznałem, ten mi się zaszył w umysł i krąży gdzieś po nim, harmider przy tym robiąc okropny. Nie jest mi z tym źle przecież, to miłe uczucie…

Miłe jak widok, gdy nieobecnym wzrokiem uśmiecha się wpatrzona w świat marzeń, taki zupełnie jej. To widok, który potrafi mi dawać siły by wstać rano i wyczekiwać, aż i łowczyni ma wstanie. Ten i inne obrazy zaszyte gdzieś w moim wnętrzu powodują, że nawet proste czynności potrafię zrobić na opak. Już pod prysznicem będąc starałem się umyć ciało szamponem, po chwili dopiero zauważając ten okrutny błąd. To taki rodzaj letargu w który zapadłem od momentu, gdy jakimś cudem chwyciło mnie tak mocne i własne uczucie. Wybudźcie mnie zatem, gdy marzenia przełożą się na rzeczywistość lub sam pogrążony w świecie marzeń postaram się przenieść go do rzeczywistości. Jestem zatem nieobecny w przestrzeni, w której się poruszam, dopóki nie będzie kontaktu, do póki nie będzie w pobliżu.

Łowczyni polowała na moją duszę, lecz duszy oddać nie chciałem. Ugodowa jest, powiedziała, a ja już tylko kombinowałem, co warte by było mojej duszy. Duszy innej osoby nie oddam, już sam bym wolał być, jak to nazwała, kolekcją. Jedyną, jak zrozumiałem, ale czemu by coś innego nie dać. Skoro różne ugody nie działały, czemu by nie spróbować oddać całego siebie, a duszę wolną zostawić? I ten moment, gdy ugoda doszła do skutku, a ja po krótkim zareklamowaniu samego siebie uradowałem się widząc „biorę w ciemno”. Niby oddany, niby wzięty, a serce już dawno było zrabowane… I dobrze, toć przecież tam teraz chce się znajdować – przy niej.

Dni mijają, wciąż nam coś rozkwita. Jej uśmiech, jej zapach, jej głos, wszystko mi po głowie chodzi. Nabrałem zapas na wyjazd do domu, a i tak szybko wrócę. Tęsknota zaczęła się pojawiać. Odprowadzając ją do domu cieszyłem się z możliwości, jaką mi dała. Pewnie i bym nawet na herbatę wszedł, skoro zostałem zaproszony, ale już dość przemoknięty byłem od deszczu. Trzeba było wracać, nie tyle do mieszkania, co do domu. Wygoniła mnie tam z troski, a tą troskę wciąż czuję i rozpala we mnie ona tylko więcej tęsknoty, więcej pragnienia jej obecności. Oszalałem już jakiś czas. Uparty głupiec, bo wiem, że nie odpuszczę sobie tego wszystkiego co czuję. Długi już czas nie potrafię zrobić kroku w tył, a i tym razem wyjątku nie zrobię. Łowczyni, podejdę w końcu o ten ostatni krok bliżej, obiecuję.

Tak. Do tego momentu cytowałem nieopublikowany wcześniej wpis. Dobrze się splata. Jak sobie obiecałem, i po cichu także Madzi, tak zrobiłem z resztą. Dokonałem ostatniego kroku, pokonałem pewną barierę strachu i już dziś mogę cieszyć się jakże szlachetnym tytułem nazywania się jej partnerem życiowym. Niechże żadna gwiazda na niebie nie uwierzy w nas, my zaś na przekór wierzeniom zrobimy swoją własną rewolucję życia. Nie musimy już stać sobie na drodze, by siebie motywować, gdyż będziemy kroczyć tymi samymi ścieżkami będąc u swego boku. Tym bardziej, że nie czuję by moje serce było tym razem puste. Patrząc w nie widzę, że jest wypchane. Wypchane szczęściem, a na imię mu Magdalena.