Gdy intencje idą źle

Czasami w pasmo porażek wplatam też mniejsze przewinienia na równi z tymi większymi. Nierzadko zrobię coś źle, nie wyjdzie z tego tragedia, ale zostawiam sobie ślad wewnątrz, jakby stało się coś więcej. Może to być zły nawyk, jednak słowa „Zostaw mnie” potrafią utkwić głębiej niż sam w siebie sięgam.

Nie kontroluję wszystkiego czego bym chciał, a nawet gdybym mogł straciłoby to całą esencję, którą już dysponuje. Ludzie nie rodzą się z żadną mocą by mieć do czego dojrzeć, a jeżeli nie dojrzeją do tego, nie mają prawa niczym rozdysponowywać. Tym samym kieruję się w swoim życiu, chociaż dojrzewam o wiele później niż moja „moc”.

W takich momentach wolę by czas trwał wolniej, by moja odpowiedzialność wraz z nim nie rosła tak szaleńczo. Każda rzecz, którą teraz robię, muszę pokrywać w pełni swoją odpowiedzialnością. Odpowiadam także za wydarzenia losowe, bo w mojej odpowiedzialności jest przewidzenie ich i zapobieganiu z jak największą precyzją. A jednak nie zawsze mi się to udaje i chociaż nie wyniknęła z tego większa krzywda dla innych, wyniknęła jakakolwiek krzywda dla mnie.

To nie tak, że ja chcę by się tak działo. Chcę pomóc. Gdybym pomógł tak jak chciałem, nie byłoby do mnie żadnego żalu. Prawdopodobnie nawet usłyszałbym stosowne „Dziękuję”. W porażce jednak liczyć można tylko na stosowne „Spierdalaj”. To nieco smutne, ale nie potrafimy ze sobą rozmawiać, liczyć się z intencjami drugiej osoby. I choćbym nie wiem jak chciał wytrwać w tym, że doceniam każdą intencję, sam także potrafię pokazać tylko kły wobec porażki innych.

Nie powiem, że każdy z nas tak ma. Uważam jednak, że duża większość. Naprawdę duża większość. Nie jest to już chyba dla mnie nic dziwnego. To taka nasza wewnętrzna przypadłość. Na pobudzenie jej składać się może nawet pogoda. Gdy doskwiera wysoka temperatura często jesteśmy rozdrażnieni. Do tego może dokładać się kiepska noc i nawet dzień tygodnia. Drażnią nas rzeczy codzienne. Los jest jedną z tych codzienności.

Największy gniew uwalnia się u mnie, gdy się boję. Potrzebowałem długiego czasu, żeby to zrozumieć, ale tak działam najwyraźniej. W obliczu strachu potrafiłem zwolnić wszelkie hamulce i wpaść w szał zapominając o otoczeniu. Do tej pory pomagał mi zawsze blog, ale nie zawsze mogę coś napisać. Widać to po ostatniej aktywności. Blog nie umiera, bo to nie pierwszy już raz, gdy długo milczę. Blog przeżywa tylko mój lepszy okres życia. Zmieniają go tylko pojedyncze porażki, ale nie wpływa na to, by wszystko poszło źle.

Mimo porażek często dawałem sobie radę zanim sięgnąłem po laptop i zaczałem pisać. Gdy problem się zaognia, a do laptopa się nie dostanę przez najbliższe dwie godziny, zostaje mi tylko rozwiązać go lub stosownie przyjąć. W obliczu rosnącego gniewu jednak nie jest tak łatwo. Została mi tylko medytacja. Chociaż nigdy w nią nie wierzyłem, zacząłem ją stosować ze skutkiem pozytywnym. Nie zapewni mi ona jednak wiecznego spokoju.

Muszę szukać przynajmniej jakiegoś bezpiecznika. Jeżeli już wszystko zawiedzie, to muszę mieć jakiś przycisk bezpieczeństwa. Potrzebuję czegoś, co uchroni moje otoczenie. Nie tyle przed moimi porażkami, ile przede mną. Po prostu przede mną. A wszystko to, bo nie potrafię podejść do sprawy dość dobrze. Odpowiedzialność wciąż rośnie. Czas ucieka.