Gdy artysta tworzy…

Siedzę i tworzę. Tworzę sztukę. Sztukę, która żyje. Żyje śmiercią, lecz nie własną i nie czyjąś; nie darem i nie karą. Nie dane jest artyście zrozumieć, gdyż on tylko tworzy. Tworzy, gdyż taki jest jego cel. Żyj człowieku i twórz, a umrzesz, lecz wciąż żyć będziesz. Przeżyjesz, mimo śmierci, a i niech zapomną o tobie i twym dziele. Twórz, przeżyjesz, choć bruk ciepła ci nie zapewni. Nie wykarmi cię i nie poda ci szklanki w godzinie śmierci. Nie masz już prawa nawet nic żądać, poza prawem do śmierci, chociaż i jej nie w sposób ci przyspieszyć. Ty masz tylko jedno – swoją sztukę.

To nie ptak i nie samolot, chociaż wnosi się wciąż w górę i po niebie szybuje. Podpowiem ci – to twoja dusza. Tętni niczym życie w twej sztuce, a dzieląc się dziełem i sobą się dzielisz. Zniszczą i wszystko co żeś stworzył, spaczą i to co żeś im oddał, lecz dusza nietknięta zostanie. Będzie ona zawsze tutaj i tam, gdzie twa sztuka sięgnie. Nieważne w jakiej formie dostarczysz to ludzkości, lecz zostaw im ślad, ślad którym ty się staniesz. Dla przyszłych pokoleń chociaż, toć może te wszystkie nadzieje pokładane w nich jeszcze nie będą stracone. Póki ktokolwiek i gdziekolwiek żyje, to i szansa na lepsze jutro jest. Być może i ta sztuka odmieni czyjeś życie, a wtedy artysta wciąż będzie przeżyje po śmierci.

Umarł! …a wciąż żyje. Wciąż tętni, wciąż serca odmienia, a wszystko z ukrycia, bo w świecie już wygasł. Ma swą szansę, więc pokłon mu dajmy, gdyż jest wybranym spośród wielu, jeden by przyszłość odmienić. O pomoc zawoła, lecz sam to musi zrobić i miejmy nadzieję, że mu się to uda skutecznie. Nie wymaże swych grzechów, nie wymaże też przekleństw, które rzucił. Pamięć o tym może i też zostanie, lecz nie ważne jest co zrobił złego, a co dobrego zrobił, robi i zrobić może. To nie kartka papieru by do szuflady „straceni” ją wsadzić. Nie, to człowiek, artysta, jeden z wielu. Stworzony do wielkich rzeczy, lecz nie za życia jak marzył od zawsze i jak marzył do końca. Obdarowany został przekleństwem, choć świat spostrzegł w każdym jego aspekcie.

Tyle artysta widzi, ile serca włoży w świat, nie w dzieło, gdyż wszystko i tak w dziele umieszcza. A świat też tętni duszą, jakoby właśnie był dziełem. Pięknym dziełem jest świat i owoce jego, życie każde i towarzysząca mu śmierć. Ileż to trzeba by było serc ludzkich włożyć by stworzyć coś podobnego? Ogromu liczb nie jestem w stanie sobie wyobrazić, a znam jedną wartość, która cieszy mnie niezmiernie, bowiem tylko jednego serca ludzkiego potrzeba, by to całe piękno zobaczyć, zrozumieć. Artysto drogi, nie wahaj się sercem patrzeć, mimo że ciernie i je mogą dosięgnąć. Nie zrobisz nic z tym, że okrucieństwa wpisane zostały między nasze życie, a zranić doszczętnie potrafi wszystko, co napotkasz. Być może świat chowa pod tą złą warstwą swoje prawdziwe piękno, lecz tobie jest tylko to zobaczyć. Czy poświęcisz się? Daj serce byś dokonał tego, byś zrozumiał co trzeba, a sztukę stworzył na wszystkie czasy, na wszystkie istnienia, na wszystko co tętni, a i inne sztuki tętnią.

Będziesz wysławianym spośród wielu, bo właśnie w tym momencie nie zawahałeś się, dokonałeś nigdy wcześniej niedokonanego. I choćbym miał stanąć przed tobą, a i za niestosowne by to było uznane, to i tak uścisnąłbym ci dłoń pokłon oddając wobec twego dzieła. Wielu umarło, wielu nie spróbowało, a ty to zrobić możesz. Może i nawet ja mogę, lecz sztuką nie nazwę spaczone serce, poharatane i z mrokiem w najdalszych jego miejscach, które niezbadane nigdy zostaną. To nie jest sztuką przecież, że błąd za błędem ciągnę. Nie, ja tworzę inną sztukę, choć nie równą przecie mym marzeniom o jakże wielkim ideale, który komuś na pewno jest dany. Cieszyłbym się ponad wszystko ostatnim tchem zobaczyć ziszczające się marzenie.

Tyleż piękna przecież w świecie, tyle żem już zobaczył sercem, które tak bardzo krwawi! To dalej za mało, więc nie mi jest dane by przeznaczeniem odmieniać wieki. Łzy decyzją były niejako, gdyż ulotne są, a nie tak trwałe jak sztuka. Nie sztuką jest płakać, nie sztuką jest żalem świat przytulić. Toć powszechne zjawisko! A ten jeden artysta powszechnym być nie powinien, toć pokolenia wciąż czekają na innego wybawcę. Przyjdź i wypełnij swą duszą sztukę, a sztuką zalej świat byś po śmierci wypełnił nią ludzkość. Żyj, tętnij w każdym, dziel się i bądź wszędzie! Nie jak nowotwór i nie jak Bóg, lecz jako autor nowej mentalności, przyszłości tego świata, a o ile świat dożyje artystycznego cudu. Dopóki ludzkość przeżyje, będziesz towarzyszył jej. Będziesz martwy cieleśnie, lecz żywy duszą wciąż z nimi.

Uciekając od szaleństwa

Mam pytanie na start: Ufacie sobie? Ja nie. Bywają jednak momenty w których ufam sobie mniej niż zwykle. Ciężko mierzyć zaufanie, skoro to tylko rodzaj uczucia odnoszącego się od innej osoby. Mam wysokie zaufanie nawet do osób, które mnie krzywdzą, jednak do siebie nie mam go w ogóle. Ironia… Mam być może podstawy. Dużo w życiu zepsułem lub postąpiłem po prostu bardzo nieładnie, żeby nie napisać brzydko. Zbliżam się w szybkim tempie do osiągnięcia wieku 21 lat, a wciąż nie wykorzystałem tego, że jeszcze jestem pod jakimś względem młody. Zero szaleństw, zero korzystania z wolności… Zawsze bieganie za wiązaniem się co ograniczało w każdym wypadku wolność oraz sprowadzało się do zupełnego spoważnienia.

Gorzej jednak, że od kilku lat, być może od dwóch, pojawia się u mnie wredne uczucie. Chęć? Bardziej pragnienie. Pragnienie wolności i wyszalenia się. Ile razy się pojawiało, tyle razy namieszało mi w życiu. Jedno rozstanie było pod presją tego pragnienia, a uczucie spełnienia w tym momencie było naprawdę niesamowite. Czułem, że zrobiłem coś dla siebie i mimo niewątpliwie niemoralnej drogi jaką doszedłem do tego efektu, osiągnąłem taką małą ekstazę młodości. Nie mógłbym długo żyć w szaleństwie i wolności, gdyż serce wciąż gna do wiązania się i powagi. To takie skrajne, że doprowadza człowieka do obłędu. Jak patrzeć jednocześnie w prawo i lewo?! Tak, lusterko lub rozjazd oczu… Niekoniecznie przekonuje mnie to nie biorąc tych dwóch opcji pod uwagę. Nie da się, chociaż kwant jest w stanie być w dwóch lub więcej stanach jednocześnie. Skubany ma fajnie pod tym względem, że przeczy i zgadza się z samym sobą.

Niedługo jadę odpocząć trochę od tej atmosfery jaka najwyraźniej mi się udziela. Może w swoich czterech ścianach po prostu usiądę i przemyślę ten problem, to pragnienie. Może jest jakieś lekarstwo na to… Nic co zmieni znów za dużo w moim życiu. Nie jesteśmy maszynami, więc nie możemy poprawiać swojej osobowości niczym programista poprawia swój program. Tym bardziej jest ciężej, a jeszcze czuję się w środku starzej niż mój wiek ciała sięga. Gdy nie trzymam powagi również dzieje się niedobrze, by nie napisać źle.

Zastanawiam się jednocześnie czy biorę tak do siebie to co inni myślą o mnie. Do negatywnych wypowiedzi o tyle się przyzwyczaiłem, że puszczam je przez drzwi niczym dżentelmen damę. Pozytywne słyszę rzadziej, ale na pewno przykuwają moją uwagę. Z niejakim wewnętrznym odczuciem rozróżniam pochlebstwa od komplementów. Przyznam szczerze, że komplementy są miłe, nawet jeżeli są zaszyte w sarkazmie. Gdybym przeszedł na szaloną stronę życia na pewno nie słyszałbym już tylu komplementów, co zdarza mi się teraz słyszeć. Sumienie by mnie z resztą zjadło, ponieważ zawsze zrobię coś co potem mi kiełkuje na sumieniu. Niemiłe, ale człowiek czasem podejdzie do sprawy zbyt lekkomyślnie i zanim się opamięta będzie już za późno.

Dochodzę do wniosku, patrząc na to co napisałem do tej pory, że znowu łapie mnie lekki dołek. Który to już z kolei? Mam wrażenie, że nieco większą częstotliwość ma moja sinusoida. Może i się nawet użalam teraz nad sobą, jednak ułatwia mi to funkcjonowanie. To coś z rodzaju: „Zrób to teraz, potem będziesz miał z głowy.”. To zjawisko zostało ładnie nazwane „młodością”, że niejako ona właśnie dobija się do głosu. Jeżeli tak, to jest o wiele za późno dla mnie, ponieważ mam teraz zajęcie i mam swoje priorytety. Nie mogę odpuszczać, nie mogę się poddawać, muszę brnąć i w głowie powinny mi być wartości, które z reguły dobijały się wcześniej do głosu.

Za wolności zniewolenie, za zniewolenia wolności; za spokoju szaleństwa, za szaleństwo spokoju. Z grubsza podsumowałem ten goniący się stan najlepiej. Tak, to pętla. Pętla charakteryzuje się tym, że zwykle nie ma końca. I ta skubana nie zrobiła mi wyjątku. Pętlę zatem trzeba trochę nagiąć, złamać. Niech zostanie spokój i zniewolenie, czyli to za czym wieki dążyłem. Wiodę spokojne życie, mam wspaniałą dziewczynę, zostawmy to jak jest. Na wyszalenie się miałem przecież prawdziwą młodość w której codziennie wracałem z nowymi zadrapaniami i siniakami, bo przecież ktoś musiał latać po krzakach z kijem jako mieczem, starając się ocalić świat przed złymi demonami w postaci kilku przerośniętych chwastów, czasem roślinki zasadzonej przez własną mamę.

Nie liczyło się wtedy nic oprócz dobrej zabawy, a i o wiązaniu się jeszcze mowy nie było. Zero powagi, tylko świat wyobraźni, który tętni wciąż we mnie, mimo że już nie taki sam. Nie musiałem nawet się martwić o zaufanie wobec innych czy samego siebie, bo najgorsze co mogło być to niespodziewana obraza kolegi z podwórka, który nie chciał iść na smoka, bo jego mama zasadziła nowe rośliny w ogrodzie. To wyjątkowe chwile, które mogę na swój sposób nazwać szalonymi i dobrze je wspominam po dziś dzień.

Wtedy była młodość, a teraz jest… Właśnie… Nie wiem jak nazwać ten okres czasu. Najprościej: studia; gdy jednak się chce już trochę bardziej oficjalnie to słowa brakuje. Starsze osoby nazwą to dalej młodością i w sumie też będą zachęcać do wyszalenia się, jednak słyszałem to i ostatnim razem, a długo jakoś nie wykorzystałem możliwości. Nie potrafię lub mam w sobie jakiś głębszy opór, którego nie zauważam. Uprzedzenia i te sprawy… Może złe wspomnienia miały duży wpływ na to wszystko… Ciężko spekulować. Ciężko spekulować tutaj, gdzie dookoła jest mnóstwo ludzi i nawet w zamkniętych czterech ścianach wyczuwa się ich szaleńcze myśli, jakoby zabawa owładnęła ich umysły.

Potrzebuję wyjeżdżać stąd częściej lub znaleźć sobie tutaj miejsce do którego spokojnie mogę się przejść i pomyśleć trochę. Nawet, gdy byłem u siebie, to w swoich czterech ścianach niewiele potrafiłem pogodzić w umyśle. Nawet blog nie ma takiej mocy w pewnych kwestiach. W swojej miejscowości mogę jednak liczyć na przyjaciółkę z którą mogę się spokojnie przejść po obrzeżach miasta i porozmawiać. Czasem o problemach, czasem o doświadczeniach, czasem o losowych sprawach, jak na przykład wypadek samochodowy, który zdarzył się na naszych oczach. Tutaj tego nie mam. Mam lokatora z którym mogę porozmawiać, gdy człowieka jakaś drobnostka gryzie lub wkurza. Brakuje mi mimo wszystko kobiety, przyjaciółki dokładniej. Kogoś z kim bez zobowiązań możesz wyjść i pogadać, zaczerpnąć powietrza, zapomnieć o obowiązkach i grafiku na tu i teraz. Może i wtedy to uczucie nie byłoby tak uporczywe. Cóż… Na ten weekend wracam do siebie i umówiłem się na spotkanie z przyjaciółką. Odciążę się być może. Taka ucieczka od szaleństwa.

Empatyczna przypadłość

Czuję się jak specyficzny człowiek, chociaż nie jestem przecież jedyny taki na świecie. Jak to jest, że mamy na świecie przypadłość zwaną empatią? Ona istnieje, chociaż nie każdy wierzy w to, że niejako jedna osoba potrafi czuć emocje drugiej. Przykładem tej umiejętności jestem ja. Ciężko nazwać to darem lub przekleństwem. Pomaga mi zrozumieć ludzi, to jest pewne. Słucham, czuję, pomagam – nawet nie chcę nic w zamian. Zdarza się, że i cierpię na tej transakcji, więc trudno. Wciąż uparcie idę tą samą drogą. Jest jednak głębszy problem mojej empatii, ponieważ czuję emocje innych osób niezależnie od mojej woli i starań. Jest to także o tyle problematyczne, że umiejętność nie skupia się tylko na jednej osobie. Czuję po kilka osób na raz. Niech każda będzie czuła akurat co innego i człowiek potrafi zwariować. Mam przez to straszne problemy emocjonalne i nie mam tu na myśli smutku.

Czasem to nawet zdenerwowanie pojawi się nagle i nie ma żadnego sensu skąd to się pojawiło. Często na tym cierpię, chociaż przyzwyczajam się od dziecka. Młodsze lata jednak nie wspominam zbyt dobrze pod tym względem, że negatywny uczucia jakimi byłem darzony strasznie były potęgowane. Nauczyłem się nienawidzić wtedy, chociaż nie powinienem znać jeszcze tego uczucia. Przecież za małego najwyżej się kogoś nie lubi, prawda? Strasznie jest znać tak dobrze takie rzeczy… Odchodziłem czasem od zmysłów, chociaż nigdy nie prosiłem o pomoc, bo… Jak prosić o pomoc w emocjach? Tego nikt mi nie poukłada w głowie, że to są moje emocje, a to są czyjeś. Sam staram się je rozpoznawać, lecz to wszystko tak bardzo zlewa mi się w praniu, że choćbym miał mapę to w jednokolorowym świecie i tak się nie odnajdę.

Ogółem najlepiej odsuwam od siebie zauroczenia, ponieważ głupio jest, jak ktoś w nie wpadnie, a u mnie ono się włącza. Czyjś instynkt nie może dyktować mi warunków, toteż chyba najlepsze czego się nauczyłem. Najlepszą zaletą i wadą jednocześnie jest moja empatia, gdy płeć przeciwna coś do mnie czuje. Wtedy mogę spokojnie się dostroić do tej samej częstotliwości co sprzyja budowaniu związku. Najlepszym tego przykładem był mój związek z Pauliną, który swoją drogą był całkiem zgrany. Przetrwał w ekstremalnie trudnych warunkach aż 27 miesięcy. Trzykrotnie dostrajałem się, chociaż przyznam, że robiłem to nieco na siłę. Wszystko skończyło się w momencie, gdy dostroiłem się, lecz nie do Pauliny. Może to była desperacja, może tak miało być… Może niechybnie trafiło się tak, bo miałem styczność z kimś, kto miał naprawdę silne zauroczenie…

Trudno mi siebie usprawiedliwiać, gdy popadam w skrajność tego jak bardzo nie ogarniam swojego stanu emocjonalnego. Pomógł mi jeden reset życia, drugiego nie chcę. Obawiam się, że tym razem funkcjonowałbym gorzej, chociaż trudno rzec. Brakuje mi tylko strasznie porąbanego przykładu do czego mógłbym mój stan przyrównać. Obawiam się, że jest unikatowy i żadna karta papieru czy kurze jajo nie zobrazuje sytuacji, jaką swoimi oczami być może wyolbrzymiam. Jednak przeszedłem od apatii do empatii i funkcjonuję, więc sam sobie brawo biję za upór w dążeniu do celu wciąż tą samą, trudną drogą. Będę nią kroczył, chociaż w końcu muszę ćwiczyć nad tą umiejętnością. Może mogę ją opanować, może będę nawet czuł więcej. Coś jak niektórzy słyszą głosy, chociaż w moim przypadku to już nie głosy, tylko emocje, uczucia. Czasem wspaniałe, czasem okropne. Nie potrafię nadać im barwy, czasem trudno mi nawet je nazwać, szczególnie jednak nie powiem czyje one są. Jak się skupię to wczuję się akurat w tą osobę w którą chcę, czasem jednak idzie to mimo woli.

Podziwiam w tym wszystkim to, że dystans zdaje się być nieograniczony. Testowałem się na kilka metrów, potem kilka kilometrów, potem była jedna setka, druga setka i tak chyba maksymalnie 600 km potwierdziłem. Nikomu nie udowodnię tego, że tak mam, chociaż może i znajdę zasyp takich próśb. Po pierwsze musi być relacja między mną a celem; po drugie musi być to prawdziwa relacja; po trzecie potrzebuję czasu aż to wszystko poczuję. Nie bronię się przed prośbami udowodnienia, tylko ostrzegam. Nie wszystko dane jest przecież człowiekowi pojąć metodą naukową, czyli wymusić i wypisać wnioski. Niektóre sprawy są tak sporadyczne, że zostają w teorii, którą można nazwać nawet wiarą, bo i takie porównanie słyszałem. Nie mam na myśli wierzenie w Jezusa lub Potwora Spaghetti. Chodzi tutaj o fakt, którego nie zbadasz, bo jest poza zakresem możliwości. Przychodzi mi jednak na myśl pewien eksperyment, gdzie dwie osoby widziały mignięcie światła, mimo że tylko jedna (w innym pokoju) miała z tym doświadczeniem bezpośredni kontakt. Świadczy to może i o tym, że nie zwariowałem i naprawdę mam co mam. Chociaż tyle.

Błądzenie we dwoje

Mamy ładny ranek i chyba wyjątkowo tak wcześnie zaczynam pisać cokolwiek tutaj, a zwłaszcza zaczynając wpis niczym komentator sportowy odnoszący się do z góry nieokreślonej audycji sportowej. Jeżeli za to uznamy prowadzenie życia mniemanego za ciekawe, to możemy chyba mówić o prowadzeniu sportu, lecz raczej nie jako komentator, a zawodnik. W grze za to zawodników jest dwoje i wcale nie są w przeciwnych drużynach. Przyznam szczerze, że jeszcze nie raz okłamię tysiące ludzi i samego siebie, jeżeli tak bardzo będę próbował oszukać zwłaszcza swoją osobę. Na to niestety już nic nie poradzę, ale może akurat w tym przypadku poradzić nic nie chcę.

Życie jest ciekawym torem do maratonu w nieznane. Dojść z punktu A do punktu B, trasa dowolna, brak nawigacji, mapy, czegokolwiek. Jedyna opcja? Podczepić się pod kogoś, czyli drugiego zawodnika, bo w tę samą stronę nie może biec więcej niż dwie osoby, które są zdane na siebie. Tak jest o wiele ciekawiej, to na pewno, bo jest opcja biec samemu lub we dwoje. Wybrałem we dwoje, a moje decyzje zostały ładnie podsumowane zupełnie losowym obrazkiem zawierającym moje myśli, których jeszcze do wczoraj nie byłem świadom. Wolę zabłądzić właśnie z tą osobą, z którą aktualnie pokonuję maraton życia niż dojść do celu z inną, przypadkowo napotkaną osobą.

Błądzenie nie jest takie złe, jak ludzkość to wyolbrzymia. Wiele razy błądziłem w życiu i wiodło mi się całkiem dobrze. Myślę, że warto wrócić do tej mojej specjalizacji, a może właśnie błądząc znajdę się szybciej u celu niż lecąc przez wszystko z najlepszą nawigacją świata. Nie trzeba mi nawet dawać drugiej szansy w życiu bym mógł narodzić się na nowo i iść od startu do mety korygując ewentualne błędy, których dokonałem. Zrobiłbym dokładnie to samo, dokładnie te same błędy. To wszystko co źle zrobiłem i złego mi się stało spowodowało, że jestem jaki jestem i nie chcę być lepszą wersją siebie. Zrobiłem jeden poważny skok w życiu i doszedłem tutaj, drugi może nie być takim trafnym przecież.

Lepiej zamiast skakać nad przepaściami przejść się dookoła, bo przecież mamy czas. Mamy w sumie dużo czasu, więc pobłądzić w życiu można. Można nawet to potraktować jako swojego rodzaju wycieczkę krajoznawczą. Ja pokażę znaną mi okolicę błędów, druga strona pokaże mi zapewne inną okolicę błędów, a zostanie ich jeszcze tylko kilka. W takim wypadku trasa jest bardziej optymalna, bo to zawsze o dwa miejsca z przeszkodami mniej, lecz… Kto wie czy i tak oboje byśmy się tam nie przeszli? Czasem dobrze jest zwyczajnie poruszać po znanym gruncie nawet jeżeli dzień wcześniej się po nim pełzało błagając los o litość. Można się bać takich decyzji, to nie dziwne, lecz życie chyba polega na takim małym szaleństwie, a przecież w każdym szaleństwie jest odrobina metody na życie. Ha! Możemy zatem spokojnie zazdrościć osobom, które oszalały psychicznie, ponieważ znalazły w tym sposób metodę na szczęście. Chociaż może to kiepski przykład do sytuacji? Tak, chyba tak…

Nieważne w sumie, ponieważ ważne dla mnie jest to błądzenie we dwoje. A ja na pewno błądzę, jeżeli jestem w stanie przestać marzyć o kosy żniwiarza zwanego śmiercią. Ach, ile to mi sen umilało, że mógłbym przyjść po każdego w jego ostatniej godzinie… Lecz nie, tym razem to marzenie jest słabe, żeby nawet nie napisać wymarłe. Wymarłe w obliczu tego, że błądzę i mi się to podoba. Czuję tą chęć poznawania nieznanego, bo przecież nikomu normalnemu nie myśli się nawet iść totalnie losowymi ścieżkami. Ktoś to nazwie działaniem spontanicznym, lecz nie jest to do końca tak jak brzmi. Nie ma ani monotonii, ani spontaniczności. W sumie nawet nie ma co tego oceniać, bo nie jest jakoś to potrzebne w tej chwili. To wszystko po prostu jest i po prostu mi się podoba, a jedyne czego pragnę to żeby po prostu trwało jak najdłużej i z dala od mety, o ile to możliwe.

Szachownica losu – gra serca i rozwagi

Gdy mam możliwość korzystać z problemów ze snem, to korzystam z tego aż w nadmiarze. Myślę, naprawdę dużo myślę. Dzieje się wiele rzeczy, których nie rozumiem. Zazwyczaj nie rozumiem ich teraz, bo potem już wszystko staje się dla mnie jasne. Gdy mamy dwa sprzeczne komunikaty z czego jedno jest od serca, a drugie z rozsądku, można by tylko zaznaczyć z góry, że posłucham się serca. Zawsze tak robię, a po bardzo długim czasie dochodzi do słowa rozsądek. Zazwyczaj wtedy jest już naprawdę źle i ratuję skórę zazwyczaj drugiej osoby niżeli swoją. To chyba tylko świadczy o tym, że świat postrzegam sercem i właśnie nim szukam czegoś, czego nie potrafię pojąć. Może znalazłem to czego szukam, lecz wszystko nakazuje czekać, tylko nie oczywiście serce. Ciężki stan, gdy przyćmiewa to już zupełnie myślenie, a jednocześnie do niego skłania.

W tym momencie zresztą staram się pojąć naprawdę wiele rzeczy. Może to choroba mnie łapie jakaś? Nie znam słowa by określić stan w którym tak bardzo skupiam się na wszystkim i na niczym. Przydałoby mi się czasem wyjść w miejsca, które tętnią życiem za dnia, a nocą są uśmiercone snem. Mamy cały świat, a ja szukam tej jedynej oazy spokoju. Mogę wyjść z domu i usiąść na pierwszym lepszym moście oglądając przestrzeń. Zapewne za niedługo tak zrobię, ponieważ pomaga to jednak człowiekowi. Gdy patrzy się jednak na to co ostatnio wyrabiam… Jestem pewien, że wiele osób postrzega to wszystko z dużym zdziwieniem. Zawsze miałem nietradycyjne sposoby przekazywania ludziom pewnych rzeczy. Ostatnio się nie powstrzymuję i wychodzi z tego jeden wielki śmietnik z zachowanymi informacjami.

Nie wiem dlaczego je tam zostawiam, a tym bardziej nie wierzę nawet w to, że ktokolwiek je odnajdzie. Może za kilka dni, tygodni, miesięcy lub lat akurat te informacje zachowane w śmietniku pomogą mi w życiu. Gdy nie mogę utrzymać decyzji, zostawiam sobie okruszki by wrócić do początku. Hmmm… Usłyszałem kiedyś słowa od mojej byłej partnerki, że za bardzo staram się wszystko planować i podchodzę do życia strategicznie, a to przekłada się na monotonię. Nie jestem pewien jej zdania. Owszem do życia podchodzę strategicznie, ale obserwując losowe wydarzenia niczym w szachach wyprowadzam przemyślany następny krok. Planuję wiele, ale plany nijak odnoszą się do rzeczywistości. Mimo wszystko jednak wolę pomyśleć zanim zrobię jakiś ruch.

Często zdarza mi się słabość w postaci właśnie serca, które pierwsze wyrywa się z decyzją. Nie mogę je winić za nic, w końcu to część mnie. Strategia, plany – to wszystko powoli zaczyna być niczym w obliczu niewiadomego. Nie oznacza to rzecz jasna, że się poddam. Zapewne uparcie będę dalej podchodził do życia strategicznie, ponieważ to dla mnie jedna wielka wojna o szczęście. Co jednak, jeżeli moje szczęście jest ucieleśnione i daleko ode mnie? Powiedzmy tak, że musiałbym kilka lat poczekać… To ciężka tematyka do podjęcia, chociaż wszystkim ciśnie się na usta „rozwaga!”. Biorę ją jak najbardziej pod uwagę i postrzegam to, że nie mam gdzie się śpieszyć, bowiem śpieszyć można się jedynie do grobu.

Tutaj chyba będziemy mieli nowość, ponieważ nie tym razem serce podejmie decyzje pierwszą, chociaż niejako na minimalne jego warunki przystać mogę. Jest to dla mnie tym lepsze, że może jakoś zniosę wewnętrzną walkę i stworzę warunki, które pomogą osiągnąć mi wiele. Wiele zaprzepaściłem, lecz były to właśnie te wydarzenia losowe, które sprowadziły mnie na szach i przy następnym ruchu już był mat. Dam zatem teraz losowi ponownie okazję do szachowania mnie tak, jak nakazuje temu rozsądek, a potem wyjdę z tej sytuacji sprowadzając przeciwnika na pozycję szach-mat. Poświęcenie chwili uratuje przyszłość.

Wiele rzeczy się ceni, niewiele się docenia

Odkąd pamiętam miałem taką swoją ciężką przypadłość, że do wszystkiego do czego się zabierałem, zawsze wkładałem mnóstwo serca. Niech to nawet będzie przypadkowe skrzywdzenie kogoś, a zawsze krzywdziłem także siebie. Nie potrafię jednak sprostać temu, że nie zawsze człowiek jest zwycięzcą. Przegrana okrutnie boli w tym przypadku, chociaż nauczyłem się jakoś tą gorycz przełykać. Dalej jednak sztuka znoszenia przegranej musi zostać udoskonalona, bo jak na razie ona tylko istnieje jako prototyp. Jedna z osób, które odmieniła moje życie na swój (być może) przypadkowy sposób, rzekła mi, że takie rzeczy się ceni. Dla mnie ten komplement miał nieskończoną wartość sentencyjną, którą dzisiaj dodam na pewno do mojego zbioru. Wiele rzeczy się ceni, niewiele się docenia.

Rzeczywiście muszę przyznać własnemu dopowiedzeniu rację. Tak pięknie potrafimy mówić o sumieniu, cnocie, uczciwości, itd. Cenimy te wartości, ale w świecie nie są one doceniane. Samym sercem nie podbiję świata, nie utrzymam wybrankę, nie zapewnię jej szczęścia. Ona może to cenić, ale może tego nie doceniać. Różnica moim zdaniem polega na tym, że jako wartość jest to dla niej coś, czego szuka, ale potrzebuje dodatków typu „większa stanowczość” lub „mniejszy dystans do otoczenia” albo „większy zarobek”. Potrzebuje tych dodatków, ponieważ je ceni i docenia. Ceni się przecież abstynentów, jako że radzą sobie bez używek; nie docenia się ich zaś wtedy, gdy nie potrafią odwalić czegoś po pijaku, ponieważ nigdy się nie upiją.

Zaskakuje mnie zasada, która wyłoniła się niejako z rozmowy zainicjowanej po tak długim czasie. Tutaj też prawdopodobnie mogę odwołać się do świeżo zamkniętego związku z Kasią. Moje wartości były cenione, ale co innego było doceniane. To ma sens zważając na to, jak bardzo męczyłem się by zrozumieć, gdzie tak bardzo popełniłem błąd. Prawdopodobnie nie popełniłem go w ogóle, ponieważ nie było takiej możliwości, bym przeszedł z fazy „cenię” na fazę „doceniam”. To niczyja wina, po prostu taka zasada życia. W tym samym jednak kontekście staram się odwołać do mojego związku z Pauliną. Co jak co, ale 27 miesięcy i nagły rozpad to poważna rzecz, tym bardziej, jeżeli brać pod uwagę, że uczucie zanikło po mojej stronie. Hmmm… Problem jest dokładnie takiej samej istoty. Byłem ceniony jako chłopak o wielkim sercu dla wybranki, jednak nigdy nie zostało u mnie docenione moje staranie nad wspólnym dobrem. Pracowałem za dwoje, a to było ciężkie zważając na ten odczuwalny brak.

O ile związek z Kasią utrzymał się jako parabola, o tyle związek z Pauliną był sinusoidą. To naprawdę ciekawe, gdy można zaobserwować jak pewne zasady sprawdzają się w relacjach międzyludzkich. Dodatkowo to, że osiągamy pewien stopień matematyczny naszych działań powoduje, że zaczynam się zastanawiać nad tym, jak bardzo ograniczamy się prostym algorytmem. Weszliśmy w pewien sposób w monotoniczność własnego „ja”. Na nic próby głoszenia światu, że „jestem spontanicznym typem człowieka i każdy dzień prowadzę spontanicznie”. W tym wszystkim śmieszne jest to, że niejako swoimi planami krążymy jak elektron wokół jądra atomu, którym jest nasza osoba. Okres powtórzenia pozycji może być różny dla każdej osoby, ale powtarzamy sami siebie i tak w kółko.

Nauka przewiduje ewenementy, toteż takie także i w naszym życiu się pojawiają. Nigdy bowiem nie wiemy czy zaraz nie będziemy uczestnikami wypadku lub nie złapie nas groźny wirus ebola. Możemy próbować takie rzeczy przewidzieć, ale za każdym razem, gdy spojrzymy w przyszłość, zmieni ona swoje oblicze. Elektron nie wie, którędy ma krążyć – on po prostu krąży. Być może całym antidotum na nasze monotoniczne zachowanie jakim jest cenienie i docenianie jest właśnie ten ewenement, jaki zdarza nam się zawsze lub… Zawsze. Tak, to nie jest mój błąd.

Moim zdaniem co jakiś czas mamy odskok od normalnego cyklu krążenia elektronu po atomowej orbicie. Wygrana gratisowa butelka naszego ulubionego napoju, pogrzeb dziadka, zakup nowej herbaty o smaku karmelowym, niezapowiedziane odwiedziny kumpli z przedszkola… Takie rzeczy traktujemy jako błahe, bo takimi się wydają być. W rzeczywistości gdybyśmy docenili wartość doświadczenia, jaką one nam dają, zapewne zaczęlibyśmy żyć prawdziwym spontanicznym życiem. W całym życiu jest ważne byśmy nie tylko cenili rzeczy, ale doceniali je, a będzie nam dane żyć lepiej, przynajmniej wewnętrznie.

Nieoficjalnie oficjalna i raczej jedyna taka strona lub blog osoby zwanej Netruitus. Czy odważysz się spojrzeć w odmęt mych myśli?