Życie na rezerwie

Uświadomiłem sobie ostatnio, że wraca mi pewna obawa. Gdy byłem młody i szczególnie głupi wielokrotnie ocierałem się o śmierć. Gdyby nie chroniło mnie szczęście, prawdopodobnie załatwiłaby mnie selekcja naturalna. Nie mogłem być pewien kiedy nie zrobię czegoś, co będzie mnie naprawdę kosztowało życie. A mimo to zapominałem o swoich otarciach i dalej szalałem przez młode życie. Po czasie jednak, gdy szczególnie nabrałem świadomości ulotności życia ludzkiego, zacząłem się bać. Wysokość to było jedno. Oj tak, z wysokością najłatwiej nabrać strachu. Chociaż nie był to strach, który mnie paraliżował w miejscu, jednak krok w przód był mocnym stresem.

Niejednokrotnie musiałem jednak robić ten krok. Podstawówkę i gimnazjum spędzałem od czasu do czasu gdzieś wyjeżdżając. Szczególnie kochając góry musiałem jakoś przejść przez wszystkie kolejki linowe, bo przecież było powiedziane, że jadą wszyscy. Nie mogłem być wyjątkiem… Nie tutaj. Gdzieniegdzie udawało mi się wyprosić i pewnych szczególnie wysokich miejsc nigdy nie zwiedziłem, ale były to wizyty na tyle krótkie, że ktoś mógł ze mną zostać. Zawsze mi się tylko cisnęło na sumienie, że jakaś nauczycielka nie weszła na jakąś atrakcję tylko dlatego, że ja się bałem. A czego właściwie się bałem? Zginąć i stracić wszystko. Tak, mój strach przed wysokością i niepewnymi konstrukcjami jest wywołany tylko tym, że bałem się zginąć młodo.

Czy to kiedykolwiek się zmieniło? Na szczęście, chociaż nie na zawsze. Któregoś razu musiałem podjąć ryzyko. Walczyłem ze sobą do momentu w którym po prostu nie doszedłem do wewnętrznego zgody. Uświadomiłem sobie w prosty sposób, że na własną śmierć nie mam wielkiego wpływu. Jeżeli mam zginąć teraz, mogę z tym walczyć, ale nie ominę tego. Śmierć jest naszym przeznaczeniem. I właśnie te myśli, jak za sprawą magicznej różdżki, zaczęły na mnie oddziaływać pozytywnie. Zacząłem szybciej robić krok w przód, a niekiedy nie zatrzymywałem się nawet widząc potencjalne ryzyko. I jaki ja głupi wcześniej byłem ujmując sobie tak wiele przyjemności w imię własnej paranoi.

A jednak sytuacja znów się zmieniła. Przyszedł Upadek. Przyszło resetowanie. Przyszedłem nowy ja. Podejmowałem ryzyko brawurowo. Adrenalina się zgadzała i to było ważne. Po czasie jednak zmiękłem. Zacząłem osiągać coś w życiu. Trafiłem na kobietę do której zawsze chcę wracać. Spełniłem część pomniejszych marzeń i utorowałem sobie drogę do spełniania kolejnych. Rozwinąłem wiele umiejętności i mam ochotę na kontynuowanie dzieła. Poznałem tyle rzeczy… Przez to wszystko zaczęło mi zależeć na życiu, a im bardziej mi na nim zależy, tym bardziej zaczynam się bać. Na powrót nie znoszę wysokości. Dalej o zawał przyprawia mnie niepewna konstrukcja. Znowu wolę nie wychodzić ponad ograniczone kręgi tego co znam i jest bezpieczne. Zmiękłem… Wróciłem do pewnego starego punktu. Tak jest do teraz. To jest teraz. Boję się myśleć o stracie mojej ukochanej, nieważne które z nas umrze. Paraliżuje mnie to. A ludzie odchodzą…

Dobrze zresztą o tym wiem, że ludzie potrafią odejść, a my nie chcąc tego do siebie dopuścić, musimy być tego świadkami. Straciłem już dwoje członków rodziny w zeszłym roku. Mój wujek, chrzestny do tego, odszedł w Wielki Piątek. Miałem wtedy zabieg i strasznie mi przykro, że nie mogłem zjawić się ostatni raz go zobaczyć… Mój dziadek zaś opuścił nas kilka godzin przed Wigilią. Zasnął i się nie obudził. I tym razem żałuję, że będąc dzień wcześniej w mieście nie odwiedziłem go myśląc, że zobaczymy się przy wigilijnym stole… Życie jest tak kruche, że nie wiemy kogo powinniśmy kochać bardziej, bo szybciej nas opuści. Ile byśmy zresztą czasu nie poświęcili takiej osobie, zawsze będziemy zaklinać się, że nie było to wystarczająco.

Ludzie odchodzą. Odejdę i ja. Kiedyś. Dobrze, że to zawsze jest „kiedyś”. Gdybyśmy bowiem wiedzieli kiedy odejdziemy, część z nas prawdopodobnie by oszalała. Strach byłby bardziej trwały. Część byłaby gotowa, część bałaby się wszystkiego, pozostała część szalałaby nie zważając na to, że w brawurowych akcjach mogą ginąć też przypadkowe osoby. Ale nie wiemy kiedy kto odejdzie, więc nie ma co więcej gdybać. Za to szczerze współczuję osobie, która będzie ostatnia. Współczuję osobie, która będzie żyła najdłużej. Przeżyje taka osoba bowiem wszystkich, których kocha. Będzie obserwować śmierć bliskich i przyjaciół, raz po razie. Zostanie w końcu sama i nie będzie miała wiele więcej od życia…

Aż szkoda się zatrzymywać, nawet na postój. Warto pogodzić się z faktem, że zginiemy. Tak jak zrobiłem to podczas jednego spaceru. Wracając pewnego zimowego wieczoru do siebie byłem świadkiem jak szybki, duży i jasny obiekt na niebie przemieszcza się ku ziemi. Przemieszczał się co prawda po horyzoncie, ale że horyzont przede mną się kończy, mój mózg puścił mi krótką informację w stylu „to koniec”. Szedłem dalej patrząc w punkt w którym zniknął obiekt pewny, że zaraz cholera wie co zmiecie cały widok przede mną, a zaraz potem zginę i nie mogę nic na to poradzić. Niby się poddałem, ale tak naprawdę pogodziłem się wtedy z nieuchronnym. Odetchnąłem z ulgą, gdy zrozumiałem, że obiekt ominął ziemię. Zagrożenie minęło.

Zagrożenia wiecznie pojawiają się i mijają. Ciągle i ciągle będą nam towarzyszyć ryzyka. Wiele z nich nieuchronnie trzeba podjąć i to zwykle czas reakcji się liczy. Stąd napisałem ten wpis. To jest głównie impuls do mnie. Muszę ponownie ogarnąć się i przestać martwić się moim przeznaczeniem. I tak go nie oszukam. Mogę pozostać dalej ostrożnym, ale nie mogę pozwolić sobie na paraliż. Chcę żyć życiem zachowując rezerwę, ale nie chcę by rezerwa była moim życiem.